Obserwatorzy

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Świąteczna depresja

Augumentin - taki mam nastrój świąteczny.

Klara ma zapalenie oskrzeli. W zeszłym roku dzień przed wigilią trafiliśmy z Felą do szpitala. Wyszliśmy dzień po świętach. W tym roku jako rodzina patchworkowa z dwóch przeciwległych końców Polski pochodząca (w jednym z nich żyjąca), mieliśmy ogromny problem z ustaleniem, gdzie święta.
Zdaje się, że Klara rozwiązała nasz kłopot. Tysiąc razy wolałabym iść na jakikolwiek kompromis, ale żeby była zdrowa, no ale jest, jak jest. Jako osoba dorosła mam taką refleksję, że święta dla wielu są momentem kryzysowym, kłótniogennym i frustrującym. Dla mnie te są. Tzn. ten okres przedświąteczny, co jest taki nakaz radości i miłości. Że te wszystkie piosenki, światełka, gwiazdory i ciepłe reklamy, a tak naprawdę każdy chce jechać do swoich, albo u swoich zostać i się kłóci.
To taka sama blaga, jak różowe słodkie bobasy reklamujące macierzyństwo. A pod dywanem połogi, odchody porodowe i rozpady związków i mega stres o zdrowie dzieci.

No więc nie piekę pierników. Mam choinkę piękną, pachnącą, rozłożystą, na której są lampki i łańcuch 30 cm z siana. Mama mi da jutro po babci bombki, żebym miała tradycję.

Żal mi Klary, że musi to pić. Może gdybym była większą znachorką albo ekomamą, to bym ją jakimś naparem wyleczyła.
Ale nie jestem, więc leczę antybiotykiem. Teraz to mam tylko nadzieję, żeby szybko wyzdrowiała i żeby jej już nigdy smarki oczami nie leciały.

Z fajnych rzeczy, to spotkałam się dzisiaj z Justyną Niebieszczańską, z którą przez godzinę (ponad) rozmawiałam o Skrzynce na bajki. Od nowego roku czeka mnie dużo nowych wyzwań, a Was dużo niespodzianek. Będzie pięknie.
No dobra. Kończę, bo muszę napisać jeszcze dwie ostatnie bajki świąteczne. Dzieci śpią.

PS. No i jeszcze ta tyrka gospodyń domowych związana z gotowaniem, sprzątaniem, ogarnianiem prezentów. Jezus. Mam dwie wizje-marzenia tych dni. Jedno, że to właśnie my przygotowujemy święta i zapraszamy gości do siebie, a druga, że gdzieś jadę. W pizdu. Sama.

wtorek, 15 grudnia 2015

Dzieci i Tove

Wczoraj rano Piotrek odstawił dzieci do żłoba, po czym po chwili do mnie zadzwonił z informacją, że zapomnieliśmy, że tego dnia przychodzi do żłoba fotograf. Zorientował się po dzieciach odstrojonych w kokardy, białe rajstopki i sukienki. I muszki. A nasze poszły w samych rajtach i bodziakach. "Będą się z nich śmiać", stwierdziłam i pognałam do nich z sukienkami w torbie. Gdy dobiegłam, okazało się, że już po zdjęciach. I że my naszych do zdjęć nie zapisaliśmy (nie wiedziałam, że trzeba zapisać). A grupowych nie było, bo niektórzy rodzice nie wyrazili zgody. Mnie nikt nie pytał, a bym się zgodziła.

Po południu odebraliśmy je i wróciliśmy do domu. Piotrek postanowił poćwiczyć. I Klara ćwiczyła razem z nim. Potem włączyłam płytę "Home" Oly (fajna, choć zupełnie nie do ćwiczeń, chyba że pilatesu) i Fela zaczęła tańczyć. Piotrek nakręcił film z ćwiczącej Klary i tańczącej Felki, a potem, jak chciałam odtworzyć, to go nie było. Bo w telefonie nie było karty.

No więc nie będziemy mieli żadnych zdjęć i filmów, bo jesteśmy nierozgarniętymi rodzicami.
Za to mamy prześmieszne dzieci, które codziennie są coraz mądrzejsze, sprawniejsze i słodkie.

Róbcie dzieci.

P.S. Przeczytałam książkę "Uczciwa oszustka" Tove Jansson i bardzo ją polecam. Zwłaszcza na tę porę roku.

środa, 9 grudnia 2015

O srokach, które ciągną za ogon

Ładnego ma pani doktor, hmm... precla pod szyją - powiedziałam do lekarki, która szczepiła dziś moje dzieci na Odrę.


To była moja odpowiedź na miłe słowa pani doktor, która między badaniem serca Klary a sprawdzeniem gardła, skomplementowała mnie słowami:
- Wow, mama! Jaka stylowa! Tak trzymać!
Szybko zlustrowałam lekarkę i uwierzyłam, że moda to jej konik, po nonszalancko zawiązanej czarnej kokardzie pod kołnierzykiem koszuli w kropki. Pani doktor, wiek 60 +, spojrzała na mnie z serdecznym politowaniem. Precla. Zapomniałam słowa kokarda.

Praca domowa


W poniedziałek zaczął się drugi tydzień wagarów dzieci od żłoba. W poprzednim były chore i trzeba było “szyć”, by ktoś zawsze był z nimi w domu. W tym są już zdrowe, ale ze względu na dzisiejsze szczepienie nie poszły do żłobka, by nie złapać jakiegoś wirusa/bakterii/choroby/syfu. No chcieliśmy je w końcu zaszczepić. I się udało. Ale wczoraj i przedwczoraj już nie szyliśmy. Jak przystało na prawdziwy, tradycyjny podział ról, Piotr poszedł do pracy, a ja zostałam z dziećmi w domu. Tylko, że to,
że nie ruszyłam z domu, nie znaczy, że nie pracowałam.
Rano dzieci robiły rozpiździel. One są w fazie szarańczy, czyli gdzie idą, tam sieją zniszczenie. Oczywiście czytałam im bajki, puszczałam muzykę, tuliłam, śpiewałam. Bawiłam. Tak, wkładałyśmy takie figurki w dziury o figurek kształtach. Niestety obok fazy szarańczy mają aspirację do kadry w zapasach i ćwiczą na sobie podczas kłótni o np. klocek. Tych samych klocków jest milion, ale o tym jednym wybranym przez jedną marzy druga. I już jest powód do bitki i jęków (słabą mam tolerancję na jęki).
Jak było cicho, to się cieszyłam, bo mogłam, a) dokończyć bajkę,  b) zająć się pracą dla MCK, c) umyć się, pomalować, ubrać.
I przygotować do rozmów - w poniedziałek z dziennikarką Gazety Pomorskiej, we wtorek z Miast Kobiet i BiKu. Wykorzystywałam na to mój "czas wolny", czyli przerwę od godz. 12 do 14, gdy dzieci szły spać. Po południu przyjeżdżał “mąż” i ojciec.
Wczoraj wieczorem poszłam biegać.

Fajnie wśród dorosłych (czasem)


A dziś po pracy (bo po szczepieniu Piotr został z dziećmi) poszłam na warsztaty z doskonalenia pisania bloga, prowadzone przez Justynę Niebieszczańską. Ten wpis zresztą, w dużej części, na nich powstał. Wprowadziłam pewne zmiany na blogu, co mam nadzieję Wam się podoba. Może rzeczywiście zostanę przy śródtytułach? Justyna, dzięki <3


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Bajka świąteczna



Dzień z dziećmi. Był bardzo owocny i przyjemny. Stemple okazały się być super prezentem. Dzieci zajęły się stemplowaniem wszystkiego przez dobre pół godziny (babciu - Mikołaju, teraz to "wszystko" pierzesz). W tym czasie napisałam bajkę. Na urodziny dorosłej osoby, co było fajną odmianą, gdyż przed świętami mam głównie zamówienia na bajki dla dzieci (co też jest oczywiście fajne). Poniżej niespodzianka - bajka, dla przyjaciół z Francji, którą publikuję, bo do nich poleci po francusku.

"Wilk Alfred i kuna Valérie mieszkali na francuskiej prowincji. Byli razem bardzo szczęśliwi. Przez cały rok żyli w zgodzie (w miarę), aż przy chodził grudzień i czar pryskał.
- O nie, znowu święta - jęczał wilk.
- No, a co Ci się w tych świętach nie podoba? - pytała kuna.
- Bo wszyscy chodzą tacy poddenerwowani i jest tyle obowiązków - wytłumaczył.  - Nie ma w tym przyjemności. Jest tylko przymus. I jeszcze w ogóle nie ma czasu na miłość - zakończył.

Valérie pomyślała sobie, że w ogóle Alfreda nie rozumie. Dla niej tradycja związana z przygotowywaniem potraw na wigilię, kupowaniem prezentów, sprzątaniem całego domu przed uroczystą kolacją, to była sama przyjemność.

- Alfred. Poćwicz ze mną jogę - zaproponowała. - Wyluzujesz się.
- Ha, ha, ha. Dobry żart. Chcę mieć jeszcze sprawny kręgosłup przez kilka lat - powiedział wilk i zmienił kanał w telewizorze.
Kuna postanowiła zrobić podstęp. Zawołała Alfreda, żeby niby pomógł jej przy sprzątaniu pokoju, a tak naprawdę przeprowadziła z nim lekcję jogi.

Wilk oddychał głęboko, zginał się, rozciągał i robił to wszystko w ciszy. Po tym zadaniu był  wyciszony i spokojny.
- Valérie, co ty mi zrobiłaś? - zapytał.
- Nic - odpowiedziała zadowolona.
Jasne, nic - pomyślał Alfred. - Zawsze mówi nic, jak jest „coś”. Ale najważniejsze, że dobrze się czuję.

Wilk jeszcze trochę narzekał na święta. Na przykład, że tyle czasu trzeba przygotowywać jedzenie.
- Ale Alfredzie, przecież potem lubisz to jeść, prawda? - zapytała Valérie.
- No tak - stwierdził wilk.
- A ja bardzo chcę, żeby nam to smakowało, więc wkładam w to serce. Pomóż mi może lepić pierogi. Będzie szybciej - zachęciła .
Wilk uznał, że to rzeczywiście dobry pomysł. Poza tym wałkowanie ciasta wydało mu się bardzo erotyczne. Nabrał ochoty na igraszki. Kuna zresztą też. Nawet nie wyszli z kuchni. W bardzo dobrych nastrojach skończyli lepienie i jeszcze ugotowali barszcz.

Do kolacji wigilijnej Alfred siadał spokojny, wyciszony i w ogóle nie zdenerwowany. Kuna wyglądała bardzo elegancko i błyszczały jej się oczy.
- Valérie! To dziwne, ale te święta są naprawdę wspaniałe! Przygotowaliśmy je razem, mieliśmy czas na miłe rzeczy i jeszcze sprytnie sprawiłaś, że ćwiczyłem jogę! ( - He, he, przejrzałem Cię - pomyślał cwanie Alfred. - Wiem, że to była joga).
Valérie uśmiechnęła się do wilka i wręczyła mu prezent. To była cała dyskografia Zbigniewa Wodeckiego.
Alfred się bardzo ucieszył.

Jak się można domyśleć, ta wigilia odbyła się bez kolęd"

niedziela, 6 grudnia 2015

Mikołajki i problemy metrażowe

Mikołajki. Ostatnie mikołajki, kiedy nasze dzieci nie trybią, że w ten dzień dostaje się prezenty, że trzeba czyścić buty i że się ich potem wypełnionych podarunkami szuka. Ale spoko, mikołaj u nas był. Przyniósł im po koniu (maskotce). U mojej mamy Mikołaj zostawił dla nich pisaki i stemple.
Nasza chata ma 47 m kw. By zyskać dodatkowy pokój, kuchnię zrobiliśmy w salonie (duże słowo). Życie głównie kręci się w tym salonie właśnie. Nasze (dorosłych) i dzieci. Rodzinne życie. Więc codziennie rozsypane są tu klocki, takie tekturowe pudełka, które można ułożyć w piramidę, albo złożyć jedno w drugie (wtedy nie zajmują dużo miejsca), miliard książeczek z bajkami i kilka pluszaków. I zawsze, jak ten syf zaczyna się tu piętrzyć, niczym fala tsunami, huragan, lawina, katastrofa po prostu, to myślę sobie: "ZEN, wszyscy tak mają, olej, nie patrz, zostaw, nie ma tego, luz". Ale po chwili naprawdę wiem, że to jest, widzę to, potykam się o to, no nie da się nie widzieć, więc sprzątam. I tak kilka razy na dzień, bo one to ciągle robią na nowo. Minimalizm to mój ukochany nurt teraz i najchętniej wszystko bym wyrzuciła. Wszystko.
Zmierzam do tego, że za chwilę  Boże Narodzenie i gwiazdor, potem Wielkanoc i zając, potem urodziny, imieniny, dzień dziecka, ciągle pretekst do kupowania rzeczy. A ja ich w chacie nie zmieszczę. No nie zmieszczę, będę się potykać o te pisaki teraz i stemple, już się potykałam dzisiaj.
Co się robi z tymi wszystkimi rzeczami? Małe dziewczynki mają miliardy laleczek, figurek, królowych lodu, petschopów, monster high, tęczowych kucy i innych. Rodzice, gdzie wy to mieścicie? Co z tym robicie? Po co to w ogóle jest? Te wszystkie prezenty dla dzieci, to marnowanie hajsu i środowiska. I miejsca w chacie. A dzieci i tak się z nich nie cieszą za długo z moich obserwacji.
Może by tak kupować żarcie? Się zje i po kłopocie. Albo zbierać na podróż?
Nie będę chodziła do sklepów. Tylko po jajka i mleko i chleb.


czwartek, 3 grudnia 2015

O zabawach z dziećmi

Położyłam je. Śpiewają piosenki, gadają (w swoim języku), a co jakiś czas wydają dziwne jęki. Jęki buntu, że nie chcą leżeć. A ja wiem, że południe, to pora drzemki w żłobie i będę się tego trzymać.
Zwłaszcza po takim poranku jak dziś. Dwa razy wylanych sikach z nocnika, rozrzuceniu kanapek (oczywiście masłem do dołu), Feli walenia czołem o podłogę. O, teraz Fela wydaje jęki diabła, czyli jest szansa, że wkrótce zaśnie.
Na godz. 14 idę do pracy. Mam dziś ostatnie spotkanie dzikiej kuchni. Będzie komplet osób i będzie super. Przychodzi dziennikarka z Miast Kobiet, żeby zrobić o nas reportaż. Muszę dziś jeszcze poprawić wniosek do miasta, napisać sprawozdanie po wystawie i bajkę. Jak ma się bliźniaki na chacie, to nie powinno się pracować. Jeszcze tydzień bez żłoba nas czeka, bo w następną środę szczepimy je na pneumokoki (ortodokski antyszczepionkowe, nie linczujcie mnie za to) i one musza być zdrowe. A starzy, niestety, często oddają chore dzieci (Klara miała przez to dwa razy zapalenie spojówek), więc nie chcemy ryzykować.
Stwierdzam, że nie umiem się bawić z dziećmi. Piotrek jest mega utalentowany w tym temacie, a ja nie. Ja mogę czytać bajki, przytulać, ale nie umiem się bawić. Macie też to? Myślałam, że jak one dwie, to się same będą bawić. Tzn. razem. Ale nie. Gdy tylko siadam do pracy przy nich, to natychmiast są przy mnie i chcą robić to samo. Tym samym pisakiem, w tym samym zeszycie. To jest w sumie słodkie, jak bardzo mnie naśladują. Kremują sobie buzie (sudocremem), uwielbiają, gdy smaruję im usta przed wyjściem na dwór. No, ale z zabawami jest krucho. Spacery super, ale zabaw nie znam. W plażę znam. Że się leży.
To podobnie, jak z gotowaniem Że codziennie trzeba wymyślić jakiś obiad. To jest jakiś obłęd z tymi obiadami. Tu też Piotrek wygrywa.
Dlatego żłobek jest super. Bo tam są panie, które z dziećmi malują, bawią się w pociąg i inne. I gotują zbilansowane jedzenia, więc moje dzieci mają wszystko to, czego im trzeba.
A jak jest taki tydzień, że one chodzą rzeczywiście przez cały do żłobka, a ja pracuję, to w piątek już jestem tak stęskniona za spędzeniem z nimi całego dnia, że nie mogę się doczekać soboty.
Macie też tak? Miejcie z tymi zabawami.

środa, 25 listopada 2015

O pomysłach i Bryanie Adamsie

Blog poszedł w odstawkę i wszystko poszło w odstawkę ostatnimi czasy, w związku z przygotowaniami do wystawy, której wernisaż odbył się wczoraj. "Do rany przyłóż".
Pamiętam, jak dostałam maila z fundacji Bęc Zmiana, jak bardzo się ucieszyłam, jak bardzo przeraziłam (czy sobie poradzę?) i teraz jest już po. To było we wrześniu. Wydawało mi się, że końcówka listopada jest jeszcze hen, hen przede mną, a teraz jest już właśnie ta końcówka i po raz kolejny widzę, jak ten czas szybko leci. No ale to dość oczywiste spostrzeżenie, więc dość o tym, każdy je ma (zwłaszcza, gdy ma dzieci).
Druga myśl jest taka, że jak wpadniesz na jakiś pomysł, to bój się, bo on ma szansę powodzenia, można go zrealizować. Kiedyś kolega mi też tak powiedział o marzeniach. Że one też się spełniają i co wtedy?
Byle nie spełniały się za późno, bo wtedy nie ma już tej radości, co jakby od razu. A jako że się jednak spełniły, nie można narzekać, że nie (parafraza Turgieniewa).
Na przykład jak byłam w 4 klasie podstawówki, to kochałam Bryana Adamsa (no). Miałam cały pokój wyklejony plakatami z jego ryjem i kochałam się w chłopaku ze szkoły, który na mini playback show był własnie Bryanem i śpiewał piosenkę z Robin Hooda. No i tej jesieni Bryan Adams był w Toruniu, bo otwierał wystawę swoich zdjęć. No i w tej czwartej klasie bym się osikała ze szczęścia, że Bryan jest tak blisko, a teraz to się nie osikałam, co więcej, mam to gdzieś. Choć foty ponoć ładne, więc może pojadę obejrzeć. I tak to.
"Do rany przyłóż" okazało się być pierwszą wystawą w Wydziale Uprawnień Komunikacyjnych, ale nie ostatnią. Ściany WUK staną się galerią, na której mają się pojawiać fotografie cyklicznie, w związku z czym wskakuję w nowy projekt. Ale o nim na razie nie piszę.
W każdym razie fajnie.
Fajnie i nie fajnie, bo to co się dzieje w Polsce, przeraża mnie coraz bardziej. Strasznie mnie dziwi, że ktokolwiek może być zadowolony w związku ze zmianą władzy w kraju. Że ktokolwiek mógł do tej zmiany dążyć. Wydawałoby się, że jesteśmy narodem z wyobraźnią, ale chyba jednak nie. Choć z drugiej strony, w temacie uchodźców wyobraźnia działa w narodzie jak na amfie. Mamy w kraju swoje ISIS. Na własne życzenie. I jeszcze dajemy mu władzę.

poniedziałek, 16 listopada 2015

O przyjaźni Klary i zakonnicy. I o książkach

Za tydzień otwarcie wystawy "Do rany przyłóż". Zdjęcia pojechały do Warszawy, najpóźniej w piątek przyjadą gotowe. Są piękne. Tak jak piękne są panie, które wybrałyśmy. Skromne, pogodne, mimo że lekko nie mają. Niektóre pół życia wstają o 5 rano, żeby na 6 zjechać do miasta i pójść do pracy.  Ile w tych kobietach jest siły i energii. Nie mają czasu na narzekanie. Idą do przodu. Żyją sobie codziennym życiem, w wolnych chwilach uprawiają ogród, gotują, czytają książki. I oczywiście opiekują się wnukami. Są naprawdę do rany przyłóż. 

Nie będę zdradzać szczegółów. Przyjdźcie na wystawę 24 listopada o 16.30 do urzędu na Grudziądzką na 1. piętro. Ja się na stówę poryczę. No więc jeszcze tydzień i będę miała trochę więcej wolnego czasu.

Od czwartku Klara ma zapalenie spojówek. Wczoraj zobaczyłam na jej lewym oku jakąś taką krwistą plamę. Po konsultacji z zaprzyjaźnioną okulistką uwierzyłam, że jednak będzie nadal widzieć i kamień spadł mi z serca. Zresztą dziś plama już prawie zniknęła.

O dzieciach jeszcze. Nasze spacery osiągnęły kolejny poziom. Dzieci wędrują na nogach. To jest bardzo śmieszne, jak dochodzimy do sklepu z zabawkami i one na wystawie widzą konia i lalki. Stoimy zwykle z dziesięć minut w radosnych okrzykach „lala” i „iiiihaha” (bo tak robi koń). Taka ich „dobranocka”. 
Mniej słodko się robi, jak wchodzimy do Rossmanna i Kiełby ściągają wszystko co jest na ich wysokości. Zwykle w drodze do kasy trzymają kilka past, szczoteczek, które porzucają na rzecz leżących w pobliżu kas słodyczy. Jest ostro. Dziś w aptece natomiast pani dała im lizaki, a pod koniec spaceru... 

To jest hit. Mieszkamy blisko zakonu Klarysek. I już drugi raz w ciągu kilku dni spotkaliśmy jedną z nich - siostrę Franciszkę. Franciszka oszalała na punkcie Klary (Fela ryczy na jej widok, hmm, ja po lekturze "Zakonnicy" Diderota, też mam lekki uraz, więc rozumiem). No ale Franciszka jest szalona, gada do Klary, kuca przed nią, czyli podejście do dzieci ma. No i dziś, wracając ze spaceru, spotkaliśmy ją znowu. Ona oszalała, wzięła Klarę za rękę, mi kazała iść za sobą (Fela ryczała). Zaprowadziła nas do zakonu. Jezus. 
Mnie to miejsce fascynowało zawsze. Tym bardziej jest tajemnicze, że te siostry są klauzulowe, czyli nie gadają. Chyba tylko Franciszka może. To też gada do nas dużo, bo ma kogoś, kto jej odpowiada. Ale głównie gada do Klary.
I ona gdzieś zeszła i wróciła z czekoladkami. Dla Klary i Feli. To było naprawdę bardzo miłe. Do tego stopnia, że Fela na do widzenia już nie ryczała, a przesyłała siostrze buziaki. Przekupna bestia. No i widziałam to tajemnicze miejsce. Tylko trochę, bo sam korytarz, ale zawsze. Byłam tam. Ale nie opiszę tego. Opowiem, jak ktoś zapyta.

Mam jednak nadzieję, że te zakonne imiona moich córek, bliskie sąsiedztwo zakonu i ta zaprzyjaźniona zakonnica nie zdeterminują życia kiełb. Boże. Nie, poczytają Diderota.

No i tak. Skończyłam „Ja nie jestem Miriam”. Zamówiłam sobie kolejne książki o tematyce około obozowej. Wydawnictwo Czarne wydało „Krótki przystanek w drodze z Auschwitz” i tu jest historia ojca autora, który miał się zatrzymać w Szwecji po Auschwitz tylko na moment, a został na cale życie. Druga książka to też Czarnego: „Ravensbruck. O Milenie Jesenskiej” i jest to historia tytułowej Mileny, tłumaczki Kafki, do której słał on piękne listy miłosne.

I taki cytat mi się rzucił wczoraj, gdy kończyłam książkę Majgull Axellson. Jak jest rozmowa o rekompensatach wojennych od Niemców: „Romom nie zaproponowano żadnej rekompensaty. Jak oświadczyły po wojnie niemieckie władze, Romowie nie zostali wytępieni z powodów rasowych, ale dlatego, że byli kryminalistami. Również czternastoletnie dziewczynki (…) i mali chłopcy (…). I uczciwi srebrnicy jak ojciec Maliki.”

To dla tych co uważają, że każdy muzułmanin to terrorysta. Choć niestety jestem tego samego zdania co Ewa Wanat w swoim ostatnim felietonie: No nie dogadamy się. Nie dogadam się z tymi, co nie rozumieją, że uchodźcy mają przejebane i są ofiarami tych samych oprawców, co Francuzi. Francuzi, Libańczycy. Powoli stajemy się nimi wszyscy.
Kończę ten wątek, bo wszyscy o tym mówią, więc po co jeszcze ja.


Kiełby skończyły dziś półtora roku. Niech mają szczęśliwe życie.

środa, 11 listopada 2015

Polska dla wszystkich

Chciałabym, żeby kobiety miały prawo do aborcji. Chciałabym,żeby moja przyjaciółka, która ma dziecko z in vitro nie była notorycznie upokarzana bruzdami na czole, czy loterią podatkową związaną z płaceniem za ten zabieg. Chciałabym różnorodności, bo to moje ulubione słowo.

Jedna z moich przyjaciółek głosowała na PiS. Wyjaśniła mi, dlaczego. Mimo że światopoglądowo też jej do nich daleko, gospodarczo blisko, więc tak zadecydowała. Miała do tego prawo. Na tym też polega różnorodność. Prawie połowa Polaków olała swoje prawo i na wybory nie poszła. Tego akurat nie rozumiem. Ale miała do tego prawo.

Czytam teraz taką  książkę "Ja nie jestem Miriam" Majgull Axelsson. Po liceum przyjęłam zasadę, że już nigdy nie przeczytam książki na temat obozów koncentracyjnych. "Medaliony" i "Inny świat" zryły mi mózg (i jeszcze "Malowany ptak"). Historie z tych lektur wryły mi się w pamięć i podjęłam decyzję, że na temat obozów wiedzy mam dość. Że będę pamiętać. I teraz czytam to. Wspomnienia Miriam, Żydówki, która tak naprawdę jest Maliką, Romką. I do 85. roku życia żyje w kłamstwie. W końcu postanawia wyjawić swój sekret wnuczce i jej wyznanie miesza się z obozową przeszłością. O wojnie, wykluczeniu, o strachu jest ta książka. Majgull nie zostanie moją ulubioną pisarką, ale polecam tę lekturę.

Polacy ochoczo gotują potrawy z najbardziej odjechanych zakątków świata, zwiedzają, poznają, fotografują, opowiadają. A głowie cały czas mentalny schabowy i marsz "Polska dla Polaków". Strasznie bym nie chciała, żeby Polska była tylko dla Polaków. Chciałabym różnorodności.

Różnorodnie to jest u nas na chacie. Wczoraj postanowiłam zrobić sobie wieczorny chill. Nie pisać bajki, wypić wino, przeczytać Elle, pogadać z Piotrem. Dzieci postanowiły inaczej. I tak dały nam w dupę, że do pierwszej biegaliśmy raz do jednej ryczącej, raz do drugiej, a na końcu do obu. Mam nadzieję, że to jakiś rozwojowy skok gigant i na przykład zaczną jutro czytać. Fela zresztą chodzi za nami jak tajny agent, trzyma w łapce książkę i atakuje z hasłem:"czytać". I może słuchać tej samej bajki 15 razy z rzędu.

Poszłam dzisiaj biegać. W końcu po tygodniu zmuszania Piotra do wyznania mi, że przytyłam, zrobił to. I nawet się nie obraziłam. Poszłam biegać i teraz będę codziennie (jasne). Nie no, o wiele lepiej się czuję po tych kilku kilometrach (siedmiu).

I zabrzmię teraz jak egzaltowana kandydatka na miss, ale tak najbardziej, to chciałabym, żeby w Polsce już nigdy nie było wojny. Serio.





.


piątek, 6 listopada 2015

Podkarpacie



Dawno nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, w związku z czym jedziemy dziś do Warszawy. A tak serio to tydzień temu ruszyliśmy w nocną podróż do Sanoka, by spędzić tam kilka dni ze świętem wszystkich zmarłych włącznie. Wracaliśmy we wtorek po kilku dniach pełnych słońca, świeżego powietrza i cudownych wycieczek. 

W samo święto pojechaliśmy do Falejówki, gdzie na cmentarzu leżą bliscy Piotra mamy. Przepiękne miejsce. Groby ułożone są na wzgórzu, przy każdym stoi jednakowy krzyż ze stali, do każdego przymocowana jest mała, zdobiona delikatnie tabliczka z danymi zmarłego. Ze wzgórza roztacza się widok na Góry Słonne. Słońce świeciło, było gorąco, chodziliśmy bez kurtek. Przejechaliśmy się kawałek dalej, do Raczkowej. Wspięliśmy się na górę, niedaleko, doszliśmy na łąkę, z której widać było Bieszczady.




Pięknie pachniała suchymi ziołami, w tle słychać było śpiew starszej kobiety, która sprowadzała krowy z wypasu. Byłoby idealnie, gdyby nie chińskie biedronki, które nas ostro atakowały. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Trepczy, gdzie dzieci zapoznały się z kozami. W ogóle dzieci oszalały, bo co chwilę widziały krowy, konie, psy, kaczki, koty i kury na żywo. Do perfekcji opanowały ich odgłosy.

2 listopada pojechaliśmy do Manastercu, by stamtąd wejść na górę Sobień. Nie było to specjalnie trudne, bo na sam szczyt prowadzą drewniane schody. Na szczycie stoją ruiny zamku. Wśród nich zakotwiczony jest taras widokowy, z którego można zobaczyć meandrujący San i Bieszczady w tle.




Zeszliśmy, przeszliśmy przez jezdnię i ruszyliśmy szlakiem w las. Po odcinku płaskim zaczęła się góra. Czuliśmy, że szlak ten jest mało używany. Szłam pierwsza, więc przebijałam się przez powalone gałęzie, dzikie chaszcze i na bank chodziły po mnie pająki (ale tego nie widziałam na szczęście).





Na plecach miałam Felę, Piotrek niósł Klarę, a szumowi wiatru wtórował jęk marudzącej Dobrochny. W końcu skończyła się góra, szliśmy kawałek prostą ścieżką (weszłam w błoto po kostkę) i nagle naszym oczom objawił się widok na łąki, góry - no to była nagroda.




Pojechaliśmy jeszcze na taras widokowy na serpentynie prowadzącej do Tyrawy Wołoskiej, skąd mieliśmy widzieć Tatry. Nie widzieliśmy, bo była lekka mgła. Trudno i tak było super.



No a we wtorek wróciliśmy do domu, do pracy, do codziennych spraw. I niecodziennych, bo cały czas pracujemy z Kasią Gębarowską nad zdjęciami do naszej wystawy „Do rany przyłóż”. Wczoraj zaś odbył się koncert zespołu Kamp!, który organizowałam i dziś jestem po nim trochę zmęczona. Ale też totalnie zadowolona. Kupcie sobie ich nową płytę „Orneta”, jest idealna na nadchodzące szare dni. Właściwie to one już nadeszły.

Cóż. Zaraz pakowanie i jazda do stolicy. Piotrek gra tam jutro ze swoim zespołem Wernisaż na … wernisażu. Bo oni grają tylko na wernisażach, taka zasada. Więc jedziemy. 
Się cieszę.

czwartek, 29 października 2015

Jesienny wzrusz

Wspominałam jakiś czas temu o współpracy z Fundacją Bęc Zmiana. Jestem w trakcie ostrych działań związanych z wystawą, którą przygotowuję razem z fotografką, Katarzyną Gębarowską, w ramach tej współpracy właśnie. Nie zdradzę na razie zbyt wiele, powiem tylko, że będzie wzruszająco.
Będę od teraz dawkować informacje, więc śledźcie bloga, bo warto. I 24 listopada po południu nie planujcie niczego. Ja Was gdzieś zaproszę.
Ok, na razie wystarczy.

W miniony piątek w miejscu, w którym pracuję, odbył się koncert zespołu Księżyc. Zaprosiłam ich chyba jeszcze wiosną (szok, że już po tym koncercie, czas serio leci jak wariat). No i podczas tego koncertu też było wzruszająco. Siedziałam na schodach, muzycy byli już na scenie, na dość mocno zaludnioną salę wchodzili spóźnialscy (frekwencyjny stres to mam zawsze), zaczęło się... Piękne dźwięki, piękne światło, mi zaczął schodzić stres no i tak czułam, jak łzy napływają mi do oczu, a ja je hamuję, trzymam się, gryzę w poliki, nie rycz, mówię, nie rycz, no ale spojrzałam na córeczkę koleżanki, która jest chyba z Księżyca właśnie i się poryczałam.

Zawsze tak mam zresztą przy takich wiedźmowych pieśniach, przy pieśniach o kobietach, dziewczynkach. Ta tradycja, ludowość, korzenie siedzą gdzieś we mnie głęboko i nie wiem, skąd ta struna, którą mi tak ta muzyka porusza, że ja się niestety nie mogę opanować i jak z konewki, baa, ze szlaucha nawet, słona woda z oczu mi się leje. Taki coming out.
Kto mnie zna, wie, że nie jestem ckliwa i że ewentualna egzaltacja tu nie jest zamierzona. Może mnie kiedyś ktoś utopił w studni i dolatywał mnie płacz matki siedzącej nad dartym pierzem. Nie wiem.

A w sobotę, dzień po Księżycu, byliśmy w Starym Fordonie, bo Piotr grał na klarnecie w takim trio. W czasie gdy miał próbę, poszłam z dziećmi i ze znajomymi z ich małym synkiem nad Wisłę. Wzdłuż rzeki, przez mały, żółty lasek doszliśmy do cegielni, w której dyrektorem był kiedyś mój dziadek. Sentymentalnie było bardzo (znowu), bo to moje tereny (ja z Fordonu. Starego). Wróciliśmy i brukowaną ulicą doszliśmy do Fordońskiego rynku. Przechodziliśmy obok więzienia i słyszeliśmy rozmowy osadzonych, pilnie strzeżonych i od nas kratami, zasiekami, drutem kolczastym oddzielonych. Zaczęliśmy sobie wyobrażać, jak to by było być po drugiej stronie. Czasem przypadek sprawia, mały moment, że się tam trafia. Przeszedł nas dreszcz i poszliśmy jeszcze wzdłuż murów kościoła św. Jana, dalej przy kościele św. Mikołaja z dziurami po kulach z wojny w ścianie i wróciliśmy na koncert.

A wczoraj, gdy Fela tańczyła, do piosenki "My jesteśmy krasnoludki" i robiła do tego układ, to się poryczeliśmy razem z Piotrem (sory, Piotr).

Piękna ta jesień. Zwłaszcza, że jedziemy dziś do Sanoka.

czwartek, 22 października 2015

Zmiany społeczne, porody i sauny

Piotrek pracuje w księgarni. W księgarni 63 w Galerii Osielsko. Mają tam świetne książki, dobre winyle i pyszną kawę - za darmo. Kawę tylko za darmo. Polecam Wam to miejsce, bo jest naprawdę przyjazne i fajnie się tam siedzi. Co prawda, ja tam jeszcze nie byłam, ale Piotrek tak mówi. Że jest klimat. Wierzę mu. Ludzie tam odrabiają lekcje z dziećmi, są warsztaty, no ekstra.
Generalnie sytuacja jest dość kusząca, bo jestem zboczeńcem książkowym - lubię je mieć. Nie, że sobie pożyczę. Ja lubię kupić i mieć. Trochę dlatego tam jeszcze nie byłam.

No, ale chłop czasem coś przywiezie. Np. "Semiotykę kultury", Bogusława Żyłko. Ale przywiózł też coś fajnego. To "Cztery drogi" Kinnunena Tommi, debiutującego w roli powieściopisarza. Historia trzech pokoleń jednej rodziny, w której są silne kobiety, silni mężczyźni i wątek homoerotyczny. Ten wątek rozgrywa się w latach 50. poprzedniego wieku, w fińskiej wsi i represje związane z orientacją są zaskakująco przykre. Ciekawa lektura, do przeczytania jednym tchem. Zaczyna się od historii Marii, założycielki rodziny, która jest położną i pierwsza położnica, do której jedzie (saniami, w zamieci, ona rodzi już czwarty dzień), traci swoje dziecko.
Nie, dobra, nie opisuję tego. Se przeczytajcie.

Zazdrościłam bohaterom, że ciągle chodzą do sauny. Że dla nich sauna przy domu, to jak dla nas kuchnia w chacie. Czuje się w tej książce szacunek dla natury, ciała, zdrowia.
Fajnie jest to opisane też w bardziej współczesnej lekturze "100 fińskich innowacji społecznych" - to również polecam. Gospodarka, polityka, socjal, miks tematów lżejszych i cięższych opisanych w artykułach przez specjalistów. 

A propos położnych, to moja przyjaciółka urodziła. Po dobie w męce (męka mogła trwać krócej, można było dać znieczulenie, ale w "dwójce" nie dają), miała cesarza. I jest piękna córka.
Gdy wysyła mi zdjęcia, wzruszam się na maksa. Z dwóch powodów. Że moja przyjaciółka została mamą (to jest naprawdę doświadczenie życia) i drugi, że mała jej córeczka przypomina mi kiełby, jak takie były. Takie malutkie. I wczoraj mi ta przyjaciółka napisała wiadomość, tak słodką i emocjonalną, że przypomniało mi się, jak mnie hormon rozmiękczał. Jezu, niesamowita ta biologia, chemia, natura.

Też powinniśmy mieć sauny.

poniedziałek, 19 października 2015

Dzielny ojciec

Blog dobija do 28 tysięcy wyświetleń. Mnie dobija mnogość obowiązków, którym naprawdę nie wiem, jak sprostać. Tak sobie marzę, że jest już grudzień, że jedziemy w Bieszczady i se siedzimy przy kominku. I nawet niech deszcz leje i tak będziemy se chodzić po bukowych lasach. No ale wiadomo, lepiej niech nie leje i lepiej niech ja podołam. Nie o wszystkich mych obowiązkach tu piszę. Mam pewne tajemnice, które znają tylko najbliżsi.

Ale zasiałam.

No w każdym razie, jakby kto reflektował na Sylwestra w Bieszczadach, to niech się odzywa. Dobrą metę mamy.

Przede mną wędrówka do żłoba. Dzień jak co dzień. Kto nie ma dzieci, ten nie wie, jakim ten odbiór ze żłoba jest wspaniałym wuefem. Opowiem zatem.

Zawsze idę najpierw po wózek do przyżłobowego garażu. Nasz wózek jest największy, bo to podwójna przyczepka, więc już tam mam rozgrzewkę, lekki slalom. Wjeżdżam nim pod drzwi, zdejmuję kurtkę i idę na piętro po dzieci. Się zaczyna. Dzieci wrzeszczą ze szczęścia i to jest miły element odbioru. Ten moment uwielbiam. Podciągam rękawy, ściskam dzieci, jest super. Potem trzeba je ubrać. Dwie. Nie do końca jeszcze kumate, że trzeba stać przy matce i dawać się ubierać, za to rozbiegające się po żłobie (najczęściej do schodów długich i stromych). No więc ganiam, zagarniam, zbieram, ubieram, pot z czoła ocieram, ubrane na rękach układam i schodzę z piętra do wózka. Odklejam od siebie i próbuję do wózka wsadzić. I wtedy zaczyna się wrzask. Już nie ze szczęścia lecz na wkurwie, hardcorze, ze złości. Jestem stanowcza, wmontowuje dzieci w te siedzonka, niech se nie myślą, do chaty trzeba bezpiecznie dojechać. Więc wciskam je, prawie kręgosłup łamiąc, swój, ich, moralny, każdy.
W końcu jadę, jedziemy, ubieram kurtkę jadąc, Fela zawsze ryczy jeszcze z pięćdziesiąt metrów.

Przejeżdżamy przez plac zabaw, nie wyjmuję ich, zaliczają obecność przez przejechanie tylko.
I już przy domu, przez za ciasne drzwi do klatki, zdejmuję koło, zakładam, wyjmuje dzieci.
One chcą same wchodzić po schodach, więc wchodzą, ja je trzymam, potem Fela już nie chce, się pokłada, płacze. Więc ją biorę i Klarę bo już chcę być w tym domu, więc Klara ryczy też, ale w końcu wchodzimy, rozbieramy i jest ten mikro sukces - dom.

Już się zmęczyłam.

I tak codziennie.

I gdy tak ganiam za nimi, by je ubrać w tym żłobie i już ubieram nawet, kierowniczka nade mną staje i mi mówi, że tata taki cudowny, że tak sobie radzi, że one podziwiają, że super tata i że dwie ogarnia, taki dzielny.

A ja, kurwa? Nie dzielna?

Nie, bo ja matka, a matka ma to we krwi, to ganianie.

Idę po nie.

sobota, 17 października 2015

O babci

Przerwa od bajek. Na chwileczkę. Częstotliwość moich wpisów spadła dramatycznie, ale za to piszę gdzie indziej. I co innego.

Jezus, właśnie ktoś zastukał w psychodelicznym francuskim filmie w telewizji, na który łypię jednym okiem i myślałam, że to na moim balkonie. Zawał. Uff.

Mam taki stres, że zobaczę jakąś zniekształconą twarz przez okno, że umieram na samą myśl. Mam tę schizę przez wujka Pierdziu, brata mojej babci Aurelii, który mieszkał na gdańskich Stogach i straszył. Był cudownym jajcarzem, miał na imię Kazik, ale ciągle mówił: "ja pierdziu", stąd jego ksywka. No, ale właśnie wśród swoich żartów miał i ten, że wychodził z domu, ubierał jedną z wielu swych obleśnych masek - najobleśniejszych na świecie (od jego córki, cioci Lali ze Stanów) i stukał w szybę. Odruchowo gapiłam się w okno, a tam stał potwór. I tak milion razy. Zawsze się dawałam zrobić. Tak jak zawsze ogrywała mnie w karty, tam, na tych Stogach, moja kuzynka Monika. Do dzisiaj łatwo mnie zrobić w jajo (to chyba retro określenie jest). W karty nie gram.

Tak sobie dziś myślałam o mojej babci. Aurelii właśnie. Bo pisałam bajkę o babci dla babci, na jej 80- tkę. Dostałam fajny opis od wnuczki. Że babcia opowiada jej dużo o swoim życiu.
Moja babcia umarła kilka lat temu. Byłam z nią mocno związana. Nie wiem, czy świadomie, czy nie, ale przekazała mi dużo prawd, które dzisiaj są moimi prawdami (ale patetycznie, ale wiadomo, o co chodzi). Powtarzała, że trzeba dochowywać tajemnic, że jak ktoś mi jakąś powierzy, to ma być jak w studni. I, że nie można obgadywać. Z tym drugim to żałowałam, że nie można, bo przecież kto nigdy nie obgadał, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ale się staram.
Dużo z babci jest we mnie, czuję to. Czyli babcia ciągle jest.

Aurelka słynęła z ludowych powiedzonek, których miała zatrzęsienie, na każdą okazję. Jedno, które mi się dobre wydaje to takie, że facet powinien widzieć tylko pół dupy. Moje koleżanki też je lubią.

Dobranoc.

wtorek, 13 października 2015

Życie offline

Nie wiem, czy wspominałam tutaj, że mój smartfon dokonał żywota w dzień wyjazdu Piotra do Sanoka. Czyli w czwartek minie tydzień, jak nie jestem on-line 24 godziny na dobę. Wczoraj sprawdziłam, że kupiłam ten model 28 listopada ubiegłego roku. Na początku najbardziej cieszyłam się z aparatu, który w tym telefonie był, bo robił serio ekstra foty. No ale potem? Potem mnie pojebało! Przepraszam za dosadność tego określenia, ale tak, to właśnie mi się stało. Po tygodniu bez tego zżeracza uwagi i czasu, stwierdzam, że była uzależniona. A od czasu gdy mam bloga i "Skrzynkę na bajki", to jestem już w ciągu. Tzn. byłam. No bo smartfon is dead.

I to taka pułapka, że niby nie oglądam telewizji, więc jestem eko, cool, slow life, ale wgapiam się w ekran smartfona jak nastolatka. Ciągle i wszędzie.

Pomyśl, czy też tak przypadkiem nie masz, hmm?

No ale muszę sobie kupić jakiś, to bez dwóch zdań. Żeby foty dzieciom pstrykać i być jednak w kontakcie ze światem.

Wreszcie jesień. Szarość, ciemność, zimno i mżawka. Prawdziwe życie. A ta mżawka myślę na cerę dobra, więc warto na spacery wychodzić.

Wczoraj wracając z pracy i idąc do żłoba, zajrzałam do Primo Cafe, czyli lodów w przesmyku, po smak życia - maxi king. No i to był już dowód na to, że jesień przyszła na stówę, bo Primo zamknęli! Były tam jeszcze panie, które, gdy zobaczyły moją zwieszoną głowę, zawołały mnie i po chwili wręczyły wielki kubeł lodów waniliowo-czekoladowych. W prezencie. Jezu, jakie były pyszne.
No więc czekam teraz wiosny, żeby te lody znowu były. Ale z cierpliwością. Najpierw jeszcze jesienna wizyta w Sanoku, zimowa podróż w Bieszczady, śnieg, mróz, plucha i pierwsze wiosenne burze. Jezu, ale się rozmarzyłam.

Najpierw jednak miliardy obowiązków dnia codziennego. Staram się nie robić sobie zaległości i być ze wszystkim w miarę na bieżąco, ale czasem wszystko wymyka mi się spod kontroli, bo wszystkiego chcę i potem mam za dużo. Teraz tak mam. Stresuje mnie to trochę, ale powoli będę wszystko odhaczać.
Bo przecież w końcu wszystko się układa, coś się udaje, zamyka i tak to leci. Już 34 lata leci.
Ok, lecę po bliźniaczki.