Obserwatorzy

sobota, 20 maja 2017

Ciocia Bogusia

- Mi jest zimno, więc dalej nie idę. Poczekam tu na was na kamieniu – powiedziałam cioci Bogusi nad Zmarzłym Stawem. Dalej, czyli na Kościelec nie wejdę. Pierwsza wyprawa w Tatry, a ja mam od razu włazić tak wysoko.
- Ach, zimno ci. Pokaż – ciotka od razu skumała, że ja się boję. Włożyła mi rękę pod kurtkę i bluzę i dotknęła rozgrzanych od wysiłku pleców. - To wejdziemy tylko na przełęcz Karb.
- No ok – dałam się przekonać i potem byłam bardzo dumna, że nie speniałam i weszłam na Mały Kościelec (na duży weszłam za kilka lat, a zaraz potem przeszłam całą Orlą Perć). 

To było podczas mojego pierwszego wyjazdu w Tatry. Z ciocią Bogusią, która wówczas zaraziła mnie miłością totalną do tych gór. Która, gdy ryczałam przy wyjeździe z Zakopanego, że muszę wracać do domu, powiedziała mi, że niech to będzie takie moje miejsce, do którego będę mogła zawsze wracać. Taki niby banał, ale pomogło.

Ciocia Bogusia była przyjaciółką mojej mamy. Poznały się w Kołobrzegu na jakiejś konferencji i jak oglądam ich zdjęcia z tamtych lat, to widzę, że naprawdę dobrze się bawiły. Ciocia mieszkała w Warszawie przy Elektoralnej w bardzo małym mieszkaniu. Miała tam kolekcje żab, w tym takich ususzonych z pola. Była matematyczką. Zresztą w pierwszej klasie liceum byłam z nią i z jej klasą jednego ze stołecznych liceów na wycieczce. Wszyscy się śmialiśmy, że ciotka ma „energizery” w tyłku, bo biegała po górach jak kozica. My za to jaraliśmy fajki i piliśmy piwo na szlaku. No taki wiek. Dochodziliśmy do celu zwykle godzinę po ciotce, która czekała na nas gotowa do wymarszu. Pierwszy raz byłam wtedy w teatrze Witkacego.

Moja mama też jeździła z nią w Tatry. Gdy byłam już na świecie, wysyłały mi pocztówki z rozrysowanymi trasami. I na pewno dobrze się tam razem bawiły.

Ciotka pamiętała o wszystkich naszych rocznicach, świętach i wysyłała nam przez siebie zrobione pocztówki. Kolorowe kartki, na których naklejała przez siebie zrobione zdjęcia tatrzańskiej przyrody. Albo kartki z UNICEFU. Wysyłała też masę listów. Myślę, że z korespondencji między nią a moją mamą, można by skleić bardzo dobrą książkę.

Tak kochała Tatry, że w końcu się tam przeniosła. Pisywała do Tygodnika Podhalańskiego, badała kulturę i przyrodę Tatr. Była cudowną humanistką. Mam od niej masę wspaniałych książek. Pokazała mi urdziki, goryczki, lepiężniki, dała „Zielony świat Tatr” Zofii Radwańskiej-Paryskiej. Do mnie też pisała listy. Kserowała mi fragmenty książek. Pamiętam ten zwłaszcza, w którym Makuszyński opisuje, jak go Chałubiński wziął sposobem i zabrał na Granaty. Opisuje też swój zachwyt nad widokiem, jak już na nie dotarł.
Ciocia Bogusia pokazała mi Tatry, Zakopane, które dziś tak trudno znaleźć. Trzeba się mocno przebijać przez plastik, plusz minionków z Krupówek (bo już nawet nie białych misiów), lukier i lans, by dotrzeć do Harendy, Atmy, Witkiewiczówki, Koliby.
Nie da się już przeżyć „wyrypów”, które opisuje Zieliński w książce „W stronę Pysznej”. Ciotka zresztą udowodniła, że współautorką tej książki jest Wanda Gentil-Tippenhauer, której, po pierwszym wydaniu, Stanisław (Zieliński) nazwiska przestał umieszczać na okładce.
Potrafiła wspaniale opowiadać. Zarażała miłością do Tatr, literatury, przyrody. Znała chyba biografie wszystkich leżących na Peksowym Brzyzku.

Ciotka dziś umarła.
Cały dzień o niej myślę. Jaka to ważna ciotka dla mnie była. Że była jedną z mądrzejszych osób, jakie znałam. Że pokazała mi, że należy spełniać marzenia, żyć tak, jak się chce, mieć w dupie, co ludzie powiedzą (nosiła kolorowe włosy i dwie kitki). Że trzeba żyć i dbać o przyjaciół.
Mam szczęście do fajnych ciotek. Moje dzieci też.
Ciocię Bogusie poznało kilka moich przyjaciółek (dziś ciotek moich córek). Odwiedziłyśmy ją w Zakopanem, byłyśmy razem w górach. Ciotka opowiadała nam o Zaruskim, Czech-Walczakowej, Tytusie Chałubińskim, Sabale i innych, z którymi od dzisiaj będzie biegać po halach.

Dajcie swoim córkom mądre i dobre ciotki. Moja mama mi dała.

Ciocia Bogusia i ja, 08.09.1983

piątek, 6 stycznia 2017

Hygge dzień na mrozie

No i nadszedł w końcu ten dzień, że w Bydgoszczy spadł śnieg i można było iść na sanki, ulepić bałwana, urządzić walkę na śnieżki.

Nie zrobiliśmy nic z tych rzeczy.

Pojechaliśmy natomiast na wycieczkę.

Pojechała z nami Magda.
Gdy ruszyliśmy spod domu, zaczęliśmy ustalać cel naszej podróży. Rozważaliśmy Tucholę, Cekcyn, Pieczyska, Piecki, Salno, Ostromecko, Łoskoń a nawet Gdańsk, ale jako że było już po 13.00, stanęło na Tucholi. Że jak tam dojedziemy to i do Cekcyna zawitamy.

Po drodze okazało się, że im dalej na północ, tym mniej śniegu. I niedaleko Koronowa, gdy ukazały nam się zielone pola, uznaliśmy, że skręcamy na Strzelce Dolne i pojedziemy nad Wisłę.
Tak zrobiliśmy.

W Strzelcach wyszliśmy z auta i mróz nas normalnie skosił z nóg. Uznaliśmy, że podjedziemy sobie kawałek do tej Wisły, co by nie zamarznąć. No i jadąc drogą polną zakopaliśmy się w błocie.
Wyszłyśmy z Magdą z auta i zaczęłyśmy pchać. Gdy już udało się wyjechać z błota, samochód utknął na lodzie i zakopał się w śniegu. Na szczęście szło dwóch gości, których posądziłyśmy wcześniej, że są myśliwymi i na bank nas pomylą z sarnami i zastrzelą, i oni nam pomogli.
Chyba byli ornitologami.

Stwierdziliśmy, że jak już tu jesteśmy, to jedziemy do Kozielca, bo tam jest jak w górach i pięknie widać Wisłę. Dojechaliśmy do tablicy z napisem Nadwiślański Park Krajobrazowy i tam, na górce, zaparkowaliśmy.

Ruszyliśmy na pole ( nie, że na dwór po małopolsku, na prawdziwe pole zasypane śniegiem), z dziećmi pod pachą i aparatami na szyi.
Nasz spacer po polu trwał maksymalnie 6 minut. Mi odmarzły palce u rąk, Magdzie u rąk i nóg, a Piotr to nawet nie wiem, jakie miał straty, bo pognał z Klarą do auta galopem. Gdy już wszyscy dobiliśmy do ciepłego wnętrza naszego wozu, wypiliśmy herbatę, uroniliśmy kilka łez i zdecydowaliśmy, że jednak zjedziemy na dół, bo chyba nie jest aż tak ślisko.

I nie było.

I było pięknie.
Bałwanki


Szukanie patyków


Wisła 1


Wisła 2


Wisła 3


Piotrek rozwalał lód (testosteron, mu kazał)


Wczorajsza wieczorna krioterapia na tarasie. Fela speniała 


I jakoś cieplej niż na tym polu.

Magda została w aucie, bo zamarzła naprawdę.
No i potem ruszyliśmy do centrum na jakiś obiad. Wybraliśmy Barzzę, bo mają boską pizzę, którą zjedliśmy w Landschafcie. Wypiliśmy kawę i poszliśmy do chaty lepić z ciastoliny.
Hasłem wyjazdu było HYGGE. Strasznie żałuję, że to nie ja napisałam te wszystkie książki o życiu z kubkiem kakao, przy świeczce z zamiecią śnieżną za oknem.

Bardzo nas to bawi (może aż tak bardzo nie, trochę ręce opadają), że musiał powstać podręcznik na temat, jak spotykać się ze znajomymi, co z nimi robić i w ogóle jak żyć.

Klara popsuła hygge, gdy przyszedł czas kąpieli i snu, i z rykiem pożegnała Magdę i ten piękny dzień.

Hygge jest dla bezdzietnych.




No i cieszę się, że w końcu coś tu na tym blogu napisałam. Nawet miałam taką myśl, że może mnie już stąd wyrzucili. Ale nie. Jestem i życzę Wam dobrego roku. A prawosławnym - pięknch Świąt.