Sama na chacie. Pierwszy raz od nie wiem kiedy. Dzieci w żłobku, Piotr w pracy, ja idę później, bo pracuję po południu. Jaki spokój. Co robić? Za co się zabrać? Iść spać? Nie, szkoda tego spokoju. Kiedy nie było jeszcze Piotra i dzieci w moim życiu, mieszkałam w innym domu, ale całkiem blisko (na przeciwko) i delektowałam się swoją wolnością. Kochałam to, że jak chcę, to mogę sobie kogoś zaprosić (to była bardzo romantyczno-imprezowa chata. I balkon), mogę sobie gdzieś iść, ale generalnie mieszkałam tam sama i bardzo to sobie ceniłam. Jakby to powiedzieć, no, że jak się zostaje mamą i "żoną", to ta przestrzeń życiowa własna się mocno kurczy. Nie żebym się tym jakoś specjalnie przejmowała, bo jest inaczej, ale bardzo dobrze. Jestem szczęśliwa, że mam dzieci i rodzinę, ale właśnie taka refleksja mnie naszła, że kiedyś to ja kochałam swoją samotność.
Dzieci dziś się rozpłakały w żłobie. To nie było fajne. Piotr mnie pocieszył, że one tam mają super, że się bawią, że zaraz przestaną płakać. Się bawią, Klara w gryzionego. Pani wczoraj powiedziała,że Klara gryzie inne dzieci. Przypał jak byk. A jak jej mówię, że nie wolno gryźć tych dzieci, w tym Feli, to zgrzyta zębami (na pewno ma robaki). Koleżanka w pracy pocieszyła mnie, że jej córka wyrywa włosy dzieciom w żłobie.Po żłobku Piotr poszedł z nimi na plac zabaw - ten grający - i jeden chłopiec, dwulat, kopnął Felę dwa razy w plecy, Klarę raz w brzuch, a jak miał ją przeprosić, to uderzył ją w twarz. Prawie się popłakałam, gdy mi to Piotr opowiadał. Opieprzył gówniarza, ale co z tego, co za przemocowy stwór. Więc może dobrze, że ona gryzie. Niech jeszcze Felkę nauczy.
Ok. Wracam do wolności.
P.S. Przepraszam wszystkie żony, ale jednak słowa żona nie lubię. Więc kiedy się zostaje mamą i czyjaś dziewczyną, to przestrzeń życiowa własna się kurczy.
Obserwatorzy
czwartek, 17 września 2015
wtorek, 15 września 2015
Bajka o wtorku
Napisałam 16 bajek, w tym trzy czekają na ostateczną publikację. To jest dopiero początek, a ja już czuję, że to sama dobroć dla innych i dla mnie. Dostaję tyle miłych słów, że wena chyba zamieszkała we mnie już na zawsze i tylko podtyka pomysły na kolejne historie. Niech mi jeszcze tylko podpowie, jak narysować monster trucka.
Dziś w pracy załatwiłam dwie sprawy, których od kilku dni na maksa się bałam. Po raz kolejny przekonałam się, że wszystko siedzi w naszej głowie, w sensie, że sami sobie robimy z igły widły. Okazało się, że nie było tak źle, ba, w ogóle było wręcz fajnie. I jeszcze dostałam radę od koleżanki z biurka obok, że żaby połykamy rano. Niby to wiem, że najpierw trudne sprawy (to te żaby), ale sami wiecie, jak jest. Potem planowałam wydarzenia na październik, a raczej już je konkretnie dopinałam. Będzie spoko. Poszłam do domu, gdzie załapałam się na resztkę zupy, bo większość jej zjadła Klara. To był jej drugi obiad, bo dziewczynki poszły dziś do żłoba i tam zaliczyły pierwszy. Kto wie, może to był nawet trzeci, bo może Klara gdzieś po drodze zjadła jakiś jeszcze. Piotrek poszedł do swojej pracy, a ja zostałam z dziećmi. Podczas gdy Klara demolowała laptopa, a Fela zjadała gumową piłeczkę, ja napisałam bajkę o psie Bolku. Zebrałam dzieci, odziałam, zeszłam po schodach z Felą w nosidle i z Klarą pod pachą, zapakowałam je do wózka i ruszyłyśmy na spacer. Ale to był fajny spacer. Poszłam z nimi przez parki, Stary Rynek i Wyspę Młyńską i tak mi było dobrze, tak sobie po prostu patrzeć przed siebie, że bardzo podczas tej wędrówki wypoczęłam. Kocham wrzesień. Całą energię zyskaną na spacerze straciłam przy wnoszeniu dzieci z powrotem na górę, rozbieraniu, kąpaniu i kładzeniu spać. Ale i tak są boskie, że zasypiają w sekundę i śpią do rana bez przerwy. Narysowałam psa Tymona i jutro kończę obie psie bajki dla Tymka i Bolka i zabieram się za kolejną. O gepardzicy.
Gdy rysowałam psa Tymka, sprawdziłam służbowego maila i okazało się, że dostałam wiadomość, o której nawet bym kiedyś nie śniła. Ale o tym kiedy indziej.
Dziś w pracy załatwiłam dwie sprawy, których od kilku dni na maksa się bałam. Po raz kolejny przekonałam się, że wszystko siedzi w naszej głowie, w sensie, że sami sobie robimy z igły widły. Okazało się, że nie było tak źle, ba, w ogóle było wręcz fajnie. I jeszcze dostałam radę od koleżanki z biurka obok, że żaby połykamy rano. Niby to wiem, że najpierw trudne sprawy (to te żaby), ale sami wiecie, jak jest. Potem planowałam wydarzenia na październik, a raczej już je konkretnie dopinałam. Będzie spoko. Poszłam do domu, gdzie załapałam się na resztkę zupy, bo większość jej zjadła Klara. To był jej drugi obiad, bo dziewczynki poszły dziś do żłoba i tam zaliczyły pierwszy. Kto wie, może to był nawet trzeci, bo może Klara gdzieś po drodze zjadła jakiś jeszcze. Piotrek poszedł do swojej pracy, a ja zostałam z dziećmi. Podczas gdy Klara demolowała laptopa, a Fela zjadała gumową piłeczkę, ja napisałam bajkę o psie Bolku. Zebrałam dzieci, odziałam, zeszłam po schodach z Felą w nosidle i z Klarą pod pachą, zapakowałam je do wózka i ruszyłyśmy na spacer. Ale to był fajny spacer. Poszłam z nimi przez parki, Stary Rynek i Wyspę Młyńską i tak mi było dobrze, tak sobie po prostu patrzeć przed siebie, że bardzo podczas tej wędrówki wypoczęłam. Kocham wrzesień. Całą energię zyskaną na spacerze straciłam przy wnoszeniu dzieci z powrotem na górę, rozbieraniu, kąpaniu i kładzeniu spać. Ale i tak są boskie, że zasypiają w sekundę i śpią do rana bez przerwy. Narysowałam psa Tymona i jutro kończę obie psie bajki dla Tymka i Bolka i zabieram się za kolejną. O gepardzicy.
Gdy rysowałam psa Tymka, sprawdziłam służbowego maila i okazało się, że dostałam wiadomość, o której nawet bym kiedyś nie śniła. Ale o tym kiedy indziej.
niedziela, 13 września 2015
Wisła w Kozielcu
To był jakiś szalenie długi weekend. Może dlatego, że piątek miałam "wolny"? "Wolny". Wczoraj poszłam do Orła (kina Orzeł) na Performera. Czytałam w Wysokich Obcasach wywiad z Oskarem Dawickim, bohaterem filmu i nim zachęcona (http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53668,18364958,frapujaca-plesn.html) poszłam. Fabuła, w którą wplecione są performance (akcje performatywne?) jest o tym (m.in.), jak ciężko wycenić taką sztukę i jak bardzo się nią żyje, jak się performerem jest. No w każdym razie film polecam, zwłaszcza tym, co się na performance'ach nie znają, bo ma on, moim zdaniem, walor edukacyjny w temacie.
Jezu, mam dziś spadek intelektu na maksa. Byliśmy po południu w Kozielcu na spacerze, na Wisłę popatrzeć i weszliśmy na podwieczorek do znajomych. I im powiedziałam, że byłam wczoraj na Prowokatorze.
Piękny Kozielec. Kiedyś przejeżdżałam tamtędy podczas wycieczki rowerowej w ramach Kultury na świeżym. Czarny szlak biegł kozielską drogą i nagle zobaczyliśmy na niej zasieki. Płot, gałęzie, chaszcze. Tak nas to rozeźliło, że zdemolowaliśmy ten "zakaz wjazdu" i przedostaliśmy się na ciąg dalszy trasy. To było trzy lata temu. Nasz dzisiejszy gospodarz powiedział nam, że teraz właściciel tego terenu zrobił wielki płot, zalał betonem i nie ma opcji na przejazd. Jest to o tyle ciekawe, że koleś kupił sobie działkę i gmina sprzedała mu z fragmentem drogi no i tego czarnego szlaku. I nic się nie da z tym zrobić. No w każdym razie fajnie było posiedzieć na tarasie, z widokiem na rzekę, pogawędzić i pośmiać się z dzieci (i z dziećmi). Pewnie fajnie pisałoby się bajki w takim miejscu. Dobranoc.
Klarę obcięło, ale winorośl jest cała.
Jezu, mam dziś spadek intelektu na maksa. Byliśmy po południu w Kozielcu na spacerze, na Wisłę popatrzeć i weszliśmy na podwieczorek do znajomych. I im powiedziałam, że byłam wczoraj na Prowokatorze.
Piękny Kozielec. Kiedyś przejeżdżałam tamtędy podczas wycieczki rowerowej w ramach Kultury na świeżym. Czarny szlak biegł kozielską drogą i nagle zobaczyliśmy na niej zasieki. Płot, gałęzie, chaszcze. Tak nas to rozeźliło, że zdemolowaliśmy ten "zakaz wjazdu" i przedostaliśmy się na ciąg dalszy trasy. To było trzy lata temu. Nasz dzisiejszy gospodarz powiedział nam, że teraz właściciel tego terenu zrobił wielki płot, zalał betonem i nie ma opcji na przejazd. Jest to o tyle ciekawe, że koleś kupił sobie działkę i gmina sprzedała mu z fragmentem drogi no i tego czarnego szlaku. I nic się nie da z tym zrobić. No w każdym razie fajnie było posiedzieć na tarasie, z widokiem na rzekę, pogawędzić i pośmiać się z dzieci (i z dziećmi). Pewnie fajnie pisałoby się bajki w takim miejscu. Dobranoc.
Klarę obcięło, ale winorośl jest cała.
sobota, 12 września 2015
Skrzynka na bajki - backstage
No to jestem po coming oucie. Skrzynka na bajki, to miejsce, które stworzyłam pod wpływem ogromnej chęci jego stworzenia i przyjemności płynącej z pisania bajek. I ilustrowania ich, co jest dla mnie hitem hitów, bo w życiu bym siebie o takie umiejętności nie podejrzewała. A tu proszę. Ja nie mówię, że to jest doskonałe, ale zwierzęta, które rysuję mają coś z tych prawdziwych, no są rozpoznawalne i o to chodzi. Bardzo się staram. Żeby całość była ode mnie, autorska, żeby odbiorca miał bajkę w notesie własnoręcznie przeze mnie stworzonym. Krótko opiszę proces, jak doszło do decyzji o pisaniu bajek.
Któregoś czerwca, wybrałam się na kurs pisania kreatywnego. Było tam siedem kobiet. Prowadząca, Justyna Niebieszczańska*, zapytała mnie, czy ja coś piszę. Odpowiedziałam, że nie. Ona zaczęła temat zgłębiać. Czy mam fejsa, czy tam coś publikuję, czy w ramach mojej pracy zawodowej piszę? No i okazało się, że ja jednak piszę. Zapytała, czy mam bloga, odpowiedziałam, że nie, bo nie mam czasu. Ta odpowiedź jej nie przekonała. Powiedziała, że skoro mam fejsa, to ten czas mogłabym poświęcić na bloga, ale ok. Zajęcia były świetne. Konkretne ćwiczenia z pisania, zadania.
Po około miesiącu, na wakacjach w Gdańsku założyłam bloga. Słowa się ze mnie wylewały, pisałam na plaży, w aucie, przy śniadaniu (wiem, przypał), przed snem. Miałam tyle do powiedzenia, wszystko chciałam opisać. No i robiłam to. I robię nadal. Sprawia mi to ogromną przyjemność. Piszę bloga od lipca (mam prawie 22 tysiące wejść). Zauważyłam, że lepiej mi się mówi (serio), łatwiej pisze, mózg się otwiera. No i nagle bajki. Pomyślałam, że chciałabym zrobić przyjemność przyjaciółce, mamie Kaliny, ojcu i samej Kalinie. Że już kiedyś, jak tylko urodziłyśmy nasze córki, to miałam pomysł na bajkę o nich. Klara miała być puchaczem - Puszim, Fela osiołkiem (sory, Fela, ale tak) - Oszim i Kalina - krową - Cowim (to wymyślili jej rodzice, nie ja). Akcja miała dziać się na polu, łące i w lesie. Musiał minąć czas, żeby Klara nadal była Puszim, Fela - Wróbim, a Kalina Lelkiem. Małym Lelkiem, od którego zaczęła się Skrzynka na bajki.
*W najbliższy czwartek kurs kreatywnego pisania z Justyną odbędzie się na barce Lemara o godz. 17, bilet kosztuje 20 zł i można go jeszcze kupić w kasie Miejskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy.
Pierwsze bajki.
Któregoś czerwca, wybrałam się na kurs pisania kreatywnego. Było tam siedem kobiet. Prowadząca, Justyna Niebieszczańska*, zapytała mnie, czy ja coś piszę. Odpowiedziałam, że nie. Ona zaczęła temat zgłębiać. Czy mam fejsa, czy tam coś publikuję, czy w ramach mojej pracy zawodowej piszę? No i okazało się, że ja jednak piszę. Zapytała, czy mam bloga, odpowiedziałam, że nie, bo nie mam czasu. Ta odpowiedź jej nie przekonała. Powiedziała, że skoro mam fejsa, to ten czas mogłabym poświęcić na bloga, ale ok. Zajęcia były świetne. Konkretne ćwiczenia z pisania, zadania.
Po około miesiącu, na wakacjach w Gdańsku założyłam bloga. Słowa się ze mnie wylewały, pisałam na plaży, w aucie, przy śniadaniu (wiem, przypał), przed snem. Miałam tyle do powiedzenia, wszystko chciałam opisać. No i robiłam to. I robię nadal. Sprawia mi to ogromną przyjemność. Piszę bloga od lipca (mam prawie 22 tysiące wejść). Zauważyłam, że lepiej mi się mówi (serio), łatwiej pisze, mózg się otwiera. No i nagle bajki. Pomyślałam, że chciałabym zrobić przyjemność przyjaciółce, mamie Kaliny, ojcu i samej Kalinie. Że już kiedyś, jak tylko urodziłyśmy nasze córki, to miałam pomysł na bajkę o nich. Klara miała być puchaczem - Puszim, Fela osiołkiem (sory, Fela, ale tak) - Oszim i Kalina - krową - Cowim (to wymyślili jej rodzice, nie ja). Akcja miała dziać się na polu, łące i w lesie. Musiał minąć czas, żeby Klara nadal była Puszim, Fela - Wróbim, a Kalina Lelkiem. Małym Lelkiem, od którego zaczęła się Skrzynka na bajki.
*W najbliższy czwartek kurs kreatywnego pisania z Justyną odbędzie się na barce Lemara o godz. 17, bilet kosztuje 20 zł i można go jeszcze kupić w kasie Miejskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy.
Pierwsze bajki.
Piszę.
piątek, 11 września 2015
Kryzys matki
Zasnęły. Mam dziś wolne, bo swoje sprawy załatwia Piotr. Dobrze, nich ma tysiące, miliony, miliardy swoich spraw. Zostałam z dziećmi. Chorymi. Chodzą po chacie we dwie, ruska mafia na nie mówimy (nie wiem, czy to poprawnie politycznie). Jak tylko zobaczą, że jem coś, np. śniadanie, w sekundę są koło mnie. I jęczą, i ryczą i coraz bardziej się rozkręcają - szybciej, matka, zapierdalaj z tą kanapką, no już! Robię, różne rodzaje, proszę, córki, jedzcie i bierzcie, z pasztetem z soczewicy? Nie? Z dżemem malinowym? Tak? Wspaniale. Nagle wypluwają, bo spragnione: Wody daj, matka, szybciej! Proszę! Po jedzeniu zabawy: baw się z nami, no baw! Więc się bawię! Kredki, pisaki, kartki - ok, bawią się. Biorę swój zeszyt, swój pisak i już ta banda na mnie siedzi, pisaka wyrywa, zeszyt ciągnie. Kładę je. Falstart, za wcześnie. Ryczą, wyjmuję, bawię się. Jedzenie daję. Kasza jaglana z brokułem. Nie! Żurawiny? Nie! Jezu, co chcecie? Banana. Dobra. I słodkie płatki. Dobra, chuj, że słodkie, jedzcie w ciszy, córeczki. Ok, zabawa. Widzę zmęczenie (hura!). Po drodze dwie kupy, ok, zmienione. Idą spać. Śpią. Słyszę jęki z ich pokoju, ale nie reaguję. Piszę. Rosół gotuję, pierwszy w życiu. Przyjaciółka, co je według pięciu przemian chińskich, doradziła. Gotuję według jednej przemiany, swojej przemiany, w gotującą rosół matkę. Z woła miał być. Nie mam woła, wieprza, bo nie jem. Z kury gotuję, ekologicznej wesołej kurki, siak owak martwej. Klarowny wychodzi. Piotr powiedział, jak zrobić, tak więc robię. Jadę do Lidla na zakupy w ramach mojej drzemki, bo ojciec wstąpił do domu na rosół. Po makaron jadę. I inne. Dziś wieczorem spotykam się z koleżanką ze studiów i już odliczam sekundy. Anka, o 19. Obudziły się, więc lecę.
środa, 9 września 2015
Idź do Farbiarni na wystawę.
Mimo tego, że dzieci w chorobie i znoju, poszłam do Farbiarni
na wernisaż. Zresztą, dzieci mają ojca, z którym zostały (siedzą z nim, gdy
jestem w pracy), więc pognałam tam na 30 minut dosłownie z lekkim wyrzutem
sumienia i byłam naprawdę krótko (dlaczego ja się tłumaczę?). Anna Grzelewska,
a raczej foty jej autorstwa były prezentowane na ścianach galerii przy
Pomorskiej. A na tych zdjęciach córka Grzelewskiej - Julia Wannabe. Kasia
Gębarowska, kuratorka wystawy, dużo mówiła, witając gości, o misji sztuki i o
tym, że powinna ona wykraczać poza to, co widziane. Że przy zdjęciach Anny
Grzelewskiej przeżyła ona katharsis w Łodzi (potem jeszcze raz je przeżyła na
performansie na Malcie). Nie wiem, czy to, co ja czułam, to było katharsis, ale
na pewno wielkie wzruszenie. To znaczy wzruszyłam się, gdy oglądałam te foty.
Córka Anny ma dziś 16 lat. Autorka fotografowała ją od urodzenia. Większość mam
ma taką fazę, zresztą, że robi foty swoich dzieci. Anna mówi jednak, że nie zależało
jej na obrazach, najpierw słodkiego bobasa, potem ładnej dziewczynki, ale na
uchwyceniu momentów, nie zawsze różowych (Julia ze złamanym nosem),
prawdziwych, oddających bolesne zmiany dojrzewania. Nie umiem pisać recenzji z
wystaw, ale bardzo Was zachęcam, by przejść się do Farbiarni. Julia rozmawiająca przez telefon z płynącymi
łzami po poliku (zdjęcie z plakatu, możecie kojarzyć), to tylko jedno z kilku
przepięknych uchwyceń córki przez mamę.
Moje córki mają dopiero trochę ponad rok. Jestem ciekawa
każdego dnia ich życia. Jakimi będą dziewczynami, kobietami. Co je będzie
radować, smucić, rozśmieszać. Co będą lubić robić, kogo lubić. Jak będą
wyglądały za dziesięć lat.
Wzruszyła mnie ta wystawa.Wzruszają mnie moje córki. W ogóle jakaś taka bardziej wrażliwa jestem od tego ponad roku.
wtorek, 8 września 2015
Chore dzieci
Fela charczy jak stary żul, a Klara walczy z gorączką. Wczoraj
wieczorem przełożyłam Klarę do naszego łóżka w sypialni z obawy, że swym płaczem
obudzi Felkę. Uspokoiła się w moich ramionach, dostała syrop na zbicie temperatury
(zbyt wysokiej). Wróciłam do pokoju, zasiadłam przy stole do swojej pisaniny i
poprosiłam Piotra, by zerknął, czy Klara śpi, bo jak nie, to zaraz spadnie z
łóżka. I nagle Klara w za dużej piżamie, ze smoczkiem w ustach, trzymając misia
pod pachą, wtargnęła do pokoju. Wdrapała się na moje kolana, wyjęła smoczek i
zaczęła mi coś opowiadać. Przesłodki ten dzieciak jest. Fela oczywiście też.
Felka obudziła się i tak, bo katar zakleił jej dziurki w nosie i nie mogła
oddychać. Zaczęła płakać i gdy weszłam do pokoju, siedziała w śpiworku i z całej siły
przytulając misia do twarzy (myślę, że w ten sposób wycierała sobie nos), coś mi opowiadała.
Poszły do żłobka i już wróciły. Gorączka, katar, kaszel –
pani doktor orzekła, że dzieci zaatakował wirus. Jutro idziemy do kontroli. Mam
pewien problem, gdy moje dzieci chorują. Mianowicie wpadam w panikę, histerię
i płaczę, gdy tylko słupek rtęci przekracza 38 stopni. A jeszcze, jak dochodzą
do tego drgawki (Klarze doszły wczoraj i przedwczoraj, wieczorem oczywiście, bo
wieczorem dzieją się zwykle najfajniejsze rzeczy, ale i najstraszniejsze), to
ja już mogę tylko zadzwonić po pogotowie. Nie mam w ogóle zimnej krwi. Macie
jakieś rady? To mija? Czy można jakoś opanować ten strach? To jest naprawdę
straszne, bo myślę, że chorób podobnych przede mną miliony, a ja się zachowuje
jak ostatnia histeryczka. Myślę od razu o najgorszym. Jak dziś przy śniadaniu
dzieci nie wkuwały widelców w parówki, tylko siedziały jak te łosie i nie wiedziały,
po co im ten sprzęt, to od razu pomyślałam, że cofają się w rozwoju, czyli mają
pneumokoki. To w ogóle nie jest śmieszne, bo ja naprawdę tak pomyślałam.
Mieliśmy je zaszczepić na to jutro, ale nie pójdziemy, bo są chore.
Teraz to jest naprawdę prawdziwa dorosłość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


