Obserwatorzy

wtorek, 12 lipca 2016

Wakacje-update, bo nie ma tu nigdzie zasięgu, żeby być na bieżąco

    Jesteśmy w Rajskiem. Mieliśmy domek, który nazywa się węgorz i szum Soliny za oknem. Przyjechaliśmy tu w sobotę z rodzicami Piotra, by spotkać się z jego rodzeństwem. I tak wynajęliśmy domek w ośrodku obok.

    W niedziele wybraliśmy się na wycieczkę na Sine Wiry. Szliśmy tam już od strony Kalnicy, Polanek, tym razem poszliśmy z Rajskiego. No i trochę przesadziliśmy. W sensie, jak ktoś się jeszcze waha, czy kupić wózek Croozer, pojedynczy, czy podwójny, to my polecamy na maksa. Piotr wykazał się siłą strongmana, bo szliśmy ciągle pod górę, a potem ciągle w dół ciągnąc lub pchając ten wielki wózek przed sobą. I tak 12 kilometrów. Albo na przemian. Po żwirowej drodze pełnej kamlotów, które chyba cudem nie przebiły nam kół. Dlatego polecam.


    Ostatecznie na Sine dotarliśmy po 18.00 wymęczeni, głodni i z domkiem w Rajskem. Nie było szans, żeby wracać tą samą drogą, w związku z czym Piotr zostawił nas w Polankach, a sam złapał stopa i wrócił autem. A my czekałyśmy z paczką krakersów i litrem wody na polanie z trzema zabitymi dechami barami-grill, w towarzystwie trzech zakapiorów na horyzoncie. W dole szemrała Wetlina, a słońce ukryło się za lasem. Było zimno, głodno i zaczynało być strasznie. I wtedy przyjechał on. Nie na białym koniu, a w naszym starym wozie i zabrał nas do domu.
    Po drodze zatrzymaliśmy się w barze, gdzie zjedliśmy pysznego pstrąga i pomidorówkę, jak u mamy. Albo w przypadku naszych dzieci - u babci.

    Nie mamy tu zasięgu. I to jest super.
    Update z poniedziałku.

    Jesteśmy ciągle w Rajskiem, ale nie mieszkamy już w węgorzu tylko w „piątce”.
    Jest upał. W poniedziałek byliśmy na rowerze wodnym na Solinie, która jest tu bardzo wąska, wygląda jak rzeka. Wydawało nam się, że tak sobie wypłyniemy na pół godzinki i zaraz wrócimy. Otóż nie. Zaczęło strasznie wiać i gdy już zawróciliśmy, Fela zrobiła zadymę i musiałam przejść na tył. Dobrochna weszła na moje miejsce, ale jej nogi są jeszcze za krótkie, by sięgnęły do pedałów. Więc Piotr usiłował płynąć sam pod wiatr i w rezultacie kilkanaście minut staliśmy w miejscu. Fela w końcu zasnęła na tyłach i mogłam wrócić pedałować.

    Ćwiczyłam żelazne uda prawie godzinę, walcząc z wiatrem - z sukcesem, bo dopłynęliśmy. Oddaliśmy sprzęt, zahaczyliśmy o trampolinę i pojawili się nasi znajomi z Sanoka. Z dziećmi. Pojechaliśmy wszyscy na obiad, tam gdzie w niedzielę i narobiliśmy zadymy. Skończyło się upadkiem Klary z samolotu, takiego na dwa złote, na twarz i rozbiciem górnej wargi od wewnątrz. Polały się krew i łzy i prawie moje łzy też. Sytuacja została opanowana i Klara teraz po opadnięciu strupa po upadku przy cerkwi ma za defekt twarzy spuchnięte usta, jak gwiazda z pudelka. Za darmo!

    Rozstaliśmy się ze znajomymi i pojechaliśmy do Polańczyka. Pięknie jest położone to miasteczko, pełne uzdrowisk, jachtów i sanatoriów. Dyskotek, bud z pamiątkami, kebabem i lodami. Dziadami z brzuchem w rozpiętej koszuli, babami w gaciach i narzutkach z "haemu". I dzieciorami z celulitem i nadwagą z chipsami w łapie. No jak nad morzem po prostu. Zeszliśmy sobie nad taką jachtową przystań, mijając stado emerytowanych Niemców i kibel z piosenkami Krawczyka. Nie no folklor.

    Podjechaliśmy na cypel, bo chcieliśmy sobie chociaż kupić rejs statkiem wycieczkowym po Solinie, ale było już za późno. Zapytaliśmy o rejs taką ekipę wypożyczającą jachty i rowery wodne, że naprawdę strasznie żałowałam, że oni z nami nie popłyną. Piotrek twierdzi, że nie byliby w stanie, a ja uważam, że oni właśnie tylko w takim są w stanie pływać. Czterech dziadów i jedna baba – taka matka, jak z Animal Kingdom, rezydujący w dwumetrowym domku na wodzie, takim kiosku ruchu na beczkach. Nie takim, jak na naszej brdzie houseboacie. Nie, nie. Takim naprawdę ręcznie robionym. Ale na pewno mieli w nim lodówkę, żeby mrozić browary. Podali nam jeszcze najwyższe stawki za bilety twierdząc, że u nich najtaniej. I że mamy sobie sami grupę dziesięcioosobową zorganizować.
    Nie no byli ekstra.
    Potem trafiliśmy do takich lasek, już bardzo cywilizowanych, co jeszcze nam zniżki dały na rejs. Nuda. Ale u nich już też na rejs za późno było.
    Więc zostało nam rzucanie kamieni do Soliny. Dzieci to kochają.


    Na wakacjach wychodzi, że dzieciom (przynajmniej naszym) naprawdę proste przyjemności sprawiają najwięcej radości. Piłka na trawie, kaczka na rzece, rzucanie kamieni, moczenie nóg i zbieranie badyli w lesie. Albo kwiatków na łące i rozdawanie ich z hasłem: to dla Ciebie. Klara tak robi.

    Jak wróciliśmy do domu, to Klara spadła ze schodów przed domkiem i rozwaliła sobie to samo miejsce, co przy obiedzie. Klara jest piratem, nie ma co. Kochanym. Fela jest piratem outsiderem, który idzie, gdzie chce, robi, co chce. Ale się tak nie wywala.
    Taki to mamy zestaw.

    Dzisiaj, czyli we wtorek, poszliśmy w góry. Dojechaliśmy do Przełęczy Wyżniańskiej i stamtąd, zielonym szlakiem, weszliśmy na Połoninę Caryńską. Resztę o tej wycieczce napiszę pewnie jutro, bo teraz siedzimy w Starym Siole na kawie. Tu jest najlepiej i tutaj jest zasięg.


sobota, 9 lipca 2016

Bezmiechowa


    Jeśli ktoś z Was uważa, że jest słabo zorganizowany i frustruje go, że się nie wyrabia na czas, to powiem tyle, że my dziś wyszliśmy z domu o 17.00. Z planem takim, że jedziemy w trzy różne miejsca. Każde w inną stronę. Wybraliśmy cel najbliższy, czyli Zagórz, 4 kilometry od Sanoka. Jak tylko wyjechaliśmy z osiedla, Klara zasnęła. Stwierdziliśmy, mijając Zagórz, że jedziemy do Leska. Na początku Leska zatrzymaliśmy się na lody u Szelców (byliśmy tam w ubiegłe wakacje w imieniny Klary). Gałka kosztuje tu 2.20, szok, nie? I lody są pyszne. Klarze lody tym razem przepadły, bo się nie obudziła, więc stwierdziliśmy, że jedziemy pochodzić po leskim rynku. Po drodze Piotr wpadł na pomysł, że może do Bezmiechowej skoczymy, bo tam szybowisko, dzieci zobaczą samoloty i widok jest bardzo piękny.

    To pojechaliśmy. Okazało się, że Dobrochna tam już była i gdy byliśmy w połowie serpentyn, uprzedziła nas, że tam wyżej w lasku jest znak, że trzeba zwolnić, bo są niedźwiedzie. Rzeczywiście, po drodze zobaczyliśmy znak, że tu ostoja niedźwiedzi i trzeba uważać. Ucieszyłam się, że jesteśmy w aucie.
    Na szczycie stał wielki pensjonat dla uczniów latania na szybowcach, paralotniach i pewnie jeszcze na czymś.



    No i widok. Piękny, na bieszczadzkie szczyty i połoniny.
    Dzieci zaczęły szaleć na łące, aż zatrąbił na nas traktorzysta, z którego traktora ciągnęła się lina do podpinania szybowców stojących w dole.




    Pierwszy raz widziałam, jak one startują (szybowce, nie dzieci). Jakby tańczyły. Coś pięknego. Potem leciały nad lasy i wracały. No taka szkółka.
    Wędrowaliśmy sobie po tym zboczu i spostrzegliśmy pana, który karmił sokoła. Podeszliśmy do niego i zagadaliśmy. Okazało się, że to jastrząb. Pan szkolił go, by za rok latał nad polami uprawnymi i ochraniał je przed szkodnikami (ptakami wyżerajacymi zboże). Nie był szkolony do przepowiadania pogody.
    Miał na imię Arnold i był bardzo łagodny.




    Gdy zjeżdżaliśmy serpentynami w drodze powrotnej, pożałowałam, że nie zostawiliśmy auta na dole i nie zrobiliśmy sobie wycieczki. Ale po chwili przypomniały mi się te niedźwiedzie...

    Po drodze zahaczyliśmy o Zagórz, powrzucaliśmy kamienie do Osławy i wróciliśmy do domu.


    Na proziaki.

    P.S. Drogie samotne dziewczyny, polecam Bezmiechową.

piątek, 8 lipca 2016

Powolny rozruch

    Potrzebowaliśmy dnia, żeby ożyć po 12. godzinach podróży z dwójką dwulatek. Co prawda dzieci nie sprawiały żadnych kłopotów podczas jazdy (raz tylko pokłóciły się o książeczkę „Mamoko na litery” - obie ją kochają), były cierpliwe i ciekawe tego, co za oknem. Zwłaszcza krów, koni i motorów. Zwłaszcza Fela motorów.

    W środę cały dzień snuliśmy się po chacie i każdy moment wykorzystywaliśmy na przyłożenie głowy do poduszki. Dopiero późnym popołudniem wyszliśmy na spacer z psem i od razu spotkaliśmy sarnę. Dzieci ze szczęściem w oczach prowadziły pięć razy cięższego od siebie psa, a gdy pies już wrócił do domu, pojechaliśmy na działkę. Na działkę rodziców Piotra pełną kwiatów i słodkich owoców. Dzieci (nie tylko one) jadły maliny i groszek prosto z krzaka.

    Wieczorem wszyscy padliśmy. Zanim padliśmy, zjedliśmy domowe pierogi z jagodami, (tutaj-borówkami), które kupiłam od baby w Świętokrzyskiem. Takich pierogów nie ma nigdzie indziej na świecie.

    Wczoraj poszliśmy poszlajać się po Sanoku. 





    Byliśmy na rynku, przy zamku, przy cerkwi, (przy której Klara biegła z góry, aż się wywróciła i rozwaliła sobie nos). Poszliśmy na lody do „Coś słodkiego”, nowego miejsca w Sanoku, przeuroczego i dzieciom przyjaznego.
    Pogoda była średnia, więc czuło się w mieście, że bieszczadzcy turyści zrobili sobie „dzień miastowy” i przyjechali do Sanoka pozwiedzać.
    Gdy wróciliśmy, spotkaliśmy pod blokiem kota (nazywamy go z Dobrochną „Kiełbas”). Klara próbowała się z nim zaprzyjaźnić, mówiła do niego czule, głaskała, kot się łasił, aż ją ugryzł w palec. No kot. Do nocy przeżywała, że kocik ją ugryzł (na palcu miała oczywiście plaster), do tego stopnia, że udzieliło się Feli, która przed zaśnięciem stwierdziła łzawym głosem, że to ją ugryzł kot.

    Późnym popołudniem przeszliśmy się na teren przedszkola, gdzie na trawce próbowała Sanocka Młodzieżowa Orkiestra Dęta Avanti. Pod blokiem, wśród bawiących się na palcu zabaw dzieci, młodzi ludzie ćwiczą granie i układy „chodzone” na kolejne festiwale.







    Ostatnio byli w Świeciu. Prawie wszyscy są zadowoleni z tych dwóch godzin orkiestrowej muzyczki. Prawie, bo w bloku, pod którym ćwiczą, mieszka baba, która przez całą próbę się drze, że jej się nie podoba.
    Zawsze znajdzie się taka baba. Albo dziad.
    Zasiadłam właśnie do pisania bajki i po tym, jak napiszę, zastanowimy się, co będziemy robić dzisiaj. Są wakacje i mamy bardzo wakacyjny rozruch.

    W niedzielę w Mrzygłodzie odbędzie się VI Zjazd Kapel Ludowych w Dolinie Sanu i chyba się tam przejedziemy. Zobaczymy. 

środa, 6 lipca 2016

Wakacje rozpoczęte

    Mimo że nie zapaliłam świeczki, żeby mnie uziemiła i sprawiła, bym poczuła, że wylądowałam (parafraza cytatu z pewnego bloga, który przy okazji każdego zamieszczanego na nim wywiadu uświadamia mi, jaka jestem banalna), wylądowałam.

    Wczoraj chwilę po 22.00 dojechaliśmy do Sanoka. 
    Ostatecznie z domu wyruszyliśmy około południa, bo jeszcze rano kończyłam bajkę, którą dzień wcześniej zamówiła u mnie koleżanka no i dopiero rano zaczęliśmy się pakować. Wzięliśmy wszystko łącznie z hamakiem, materacykami do pływania dla dzieci, moim całym warsztatem bajkowym (i dobrze, bo w drodze dostałam zamówienie na bajkę na ślub), ale np. nie zabrałam butów pełnych oprócz takich w góry, (a dziś np. cały dzień leje).

    No więc tradycyjnie mało praktycznie przygotowani na trzytygodniowe wakacje wyruszyliśmy.
    Pierwszą część podróży jechaliśmy autostradą i nawet tym przedłużeniem aż do Piotrkowa Trybunalskiego, a potem, od świętokrzyskiego przez podkarpackie, wybraliśmy drogi wojewódzkie. Czyli zadupiami.

    Świętokrzyskiem co chwilę rzucałam w zachwycie: - Jezu, jak tu pięknie, jak nie w Polsce, aż ostatecznie uznałam, że w Polsce jest właśnie pięknie. Jak w Polsce.
    Na Podkarpaciu jeździliśmy już chyba właściwie drogami osiedlowymi i w pewnym momencie miałam wrażenie, że podjechaliśmy pod górski szlak i tylko przez brak napędu na cztery koła zdecydowaliśmy, że zawracamy do jakiejś drogi bardziej głównej. 
    Pięknie tam było. 
    Jak będziecie jechać kiedyś z Sanoka do Kielc, to wybierzcie drogę przez Krosno, Frysztak i Wiśniową. Ale jak będziecie jechać np. z Bydgoszczy na południe, to tego nie róbcie, bo na tym odcinku jest już się naprawdę bardzo zmęczonym. No my tak zrobiliśmy i na szczęście żyjemy. 
    Były sarny, mokradła, jeziora i góry. 

    A przed Paradyżem widzieliśmy połamany totalnie las, ścięty przez trąbę powietrzną, jak kilka lat temu Stara Rzeka w Borach Tucholskich. Tam nam się płakać zachciało, taki widok straszny.

    W końcu jesteśmy. Niebo w nocy było tak czyste, że było widać chyba wszystkie gwiazdy wszechświata, a powietrze tak rześkie, że żal było palić fajki. No, ale jedną spaliłam. I dziś od rana patrzę na góry na horyzoncie i cieszę się tym, że tu jestem.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Ethno Port 2016



Tak się składa, że mam naprawdę super pracę i w delegację pojechałam na Ethno Port. Dziewiąta edycja poznańskiego festiwalu odbyła się w miniony weekend na zamku.
Nie załapałam się na bilet na koncert otwarcia, ale nie żałowałam, bo świętowałam w tym czasie urodziny przyjaciółki, u której się zatrzymałam i spotkanie z ludźmi z roku poo 10. Latach niewidzenia (na żywo, bo na fejsie się widujemy z niektórymi codziennie. A mnie, jeśli jeszcze nie zablokowali, to na stówę widzą codziennie).

No w każdym razie o północy dotarłyśmy z Danutą na potańcówkę, do której przygrywała nam kapela Dżezbandyta (gdzieś wyczytałam, że „dżezbandyta” mówiło się na perkusję w takich ludowych bandach). Pod sceną ustawiono podesty, na których para tancerzy pokazywała, jak tańczyć obery, mazurki, polki. Zaczęliśmy od chodzonego i w sekundę cały zamkowy dziedziniec zapełnił się ludźmi gotowymi do tańców, hulanek do rana. Miałam wrażenie, że cała publiczność, zna kroki do tych tańców (oprócz Danki i mnie, co nie utrudniło nam jednak szaleństw, absolutnie).

        No mówię, że wszyscy potrafią tam tańczyć.
          Dżezbandyta.

 W Poznaniu od lat działa Dom Tańca i dlatego poznaniacy są gotowi na folk. Jacek Hałas zresztą, prowadzący ów Dom, zawiadywał naszą ogromną grupą, pokazywał kroki, które my powtarzaliśmy. Polska muzyka ludowa to trans i szał. Wirowaliśmy jak derwisze cały koncert. Dżezbandyta zakończył grać o 3.30. My miałyśmy nocny godzinę wcześniej i z żalem, ale wróciłyśmy na chatę. Wzięłam sobie bowiem do serca słowa przyjaciółki, żeby podzielić sobie siły. 

Wiecie, jak się matka wyrwie, to może stracić rozum. Podzieliłam i nie straciłam.

W sobotę pojechałyśmy na godz. 16.00 czyli prosto do Sali wielkiej na koncert  Raphaela Rogińskiego z Genowefą Lanarcik. „Żywizna”, bo tak się nazywa ich wspólny projekt, to pieśni kurpiowskie śpiewane przez pochodzącą z Kadzidła, czyli z głównego ośrodka folkloru kurpiowskiego panią Genowefę. Do tego Raphael gra na gitarze. Duet jak z kosmicznego lasu. Artystka w czerwonych, ufryzowanych lokach, w złocistej katance skradła serca publiczności swoją szczerością i urokiem (no i głosem, wiadomo). Wyglądała jak z Almodovara, piosenki o umarłej lubej śpiewała z odpowiednim dramatyzmem, a po występie opowiedziała o swojej rodzinie, że śpiew jest jej drugim życiem i że kocha nas wszystkich. Opowiadała, jak jej tata, znany pieśniarz, Stanisław Brzozowy, nagrywał ją i jej siostry w lesie. Ważnym elementem tych nagrań był udział ptaków, wiatru, szumu lasu. Zresztą ona właśnie korzysta z tradycji śpiewów leśnych (to z ulotki wiem). 
Po tym szczerym i bardzo rootsowym występie zagrała Banda Nella Nebia. Po ich kilku kawałkach stwierdziłyśmy z Danką, że idziemy. Nie porwał nas Justianas Vazenvicius, Litwin występujący pod pseudo Franciszek Szpilman (a który raczej powinien zwać się Zorn czy Patton). Mimo że zgromadził na scenie samych super muzyków, to wszystko razem było nudne ...
Poszłyśmy z Danką do Zemsty przy ul. Fredry, którą współtworzy nasza koleżanka z roku (ona nas zresztą karmiła tego wieczoru, bo Zemsta miała swoje stoisko na Ethno Porcie pod zamkiem) na kawę. Nad barem wisi ujmujący napis „Jebać rząd”, a na barze leży menu, z którego zjadałbym wszystko (wszystko wegańskie). Zemsta jest też księgarnią, wiec generalnie idźcie tam, jak będziecie w pobliżu.
Po kawie wróciłyśmy na zamek, gdzie przeżyłyśmy katharsis przy śpiewie kwintetu Francuzów Lo Cor de la Plana. Przed godziną 19.00 cały dziedziniec był transie, odpływie, odlocie, a śpiewający po prowansalsku reprezentanci śpiewu polifonicznego bisowali z osiemdziesiąt razy.

         Tu jeszcze przed tańcami. Za sekundę szał.
Posłuchajcie sobie:
Strasznie mi żal tych słuchaczy, że nie tańczą.

Po Francuzach grała Rabasa, czyli taka Cesaria Evora z zespołem. To zupełnie nie mój klimat, ale tłum szalał przed zamkiem, bo to był koncert za darmo, na trawie, pod chmurką.
Po Rabasie Hindusi na dziedzińcu. Jeden grał na sitarze, drugi na tabli. Ten od tabli czekał na swoje wejście dobre 50 minut, bo Debashish Bhattacharya miał solówkę na sitarze, czym część publiczności uśpił, a część wprowadził w trans. Ja siedziałam między krzesłem Danuty a kołem wózka inwalidzkiego jakiegoś pana, więc mi się nie udało osiągnąć zbyt mistycznych stanów. Pan od tabli był w pełnym zachwycie nad grą swojego kolegi, a potem się włączył i byłam w szoku, jak on szybko na tych bębenkach gra. Po drugim kawałku zmyłyśmy się z Danutą (i innymi) po płyty do ethno centrali. Gdy wróciłyśmy okazało się, że to dopiero połowa indie-performance’u, więc poszłyśmy na szota. Po szocie wysłuchałyśmy końcówki tego magicznego koncertu panów na stole i ruszyłyśmy za tłumem do sali wielkiej na Rumunów. Z zespołem Ionica Minue Band z cymbalistą i akordeonistą-geniuszami i Alexem Simu-klarnecistą szaleliśmy na weselu i pogrzebie w tamtejszej tradycji. Za dziesięć druga poszłyśmy na autobus, bo wstyd nam już było powłóczyć nogami zamiast tańczyć.
W niedzielę byłam na kawałku Egipcjan, a potem musiałam już wracać.
Wiem, że rewelacyjnie było na Kalascimie, czyli Włochach, którzy 8 lipca zagrają na EtnoKrakowie, w Krakowie, więc chyba tam pojadę.
https://www.youtube.com/watch?v=6qoEkBCO3I8

Ale już na pewno z rodziną, bo mimo że odpoczęłam, że było super,  to strasznie mnie bolało, że moich dzieci i Piotra to omija. Że nie przeżywamy tej radości razem (choć z Danką było super to przeżywać), że oni tego nie widzą i nie słyszą. Jak już ma się dzieci, to chce im się wszystko pokazywać (no prawie, wiadomo), co Ty widzisz i z nimi być.
No więc za rok na Ethno Port deleguję się z całą rodziną. A tegoroczny festiwal będzie długo w mojej głowie. I w uszach. I w nogach.
Lovka, Poznań.


        Chill na placu wolności w ogrodzie z okazji Malty.
       Drzewka.




piątek, 10 czerwca 2016

Strefa komfortu

    Strefa komfortu. Kolejny dziwny, nadużywany twór, zaraz po „dedykowanym”, czy obrzydliwym „parentingowym”. Zresztą ta strefa komfortu mi się łączy z parentingiem, bo często to określenie pada z ust matki, która ma wrócić do pracy po maciorze.
    Strefa komfortu. Ja mam swoją strefę, jak dzieci śpią, a ja się kładę z książką. Albo idę pić wino na taras.
    Co to za frazes jest? „Wyjdź ze swojej strefy komfortu”. W życiu!

    W zeszłym tygodniu byliśmy w synagodze Fordońskiej na koncercie Orkiestry Klezmerskiej Teatru Sejneńskiego. Piękna muza, muzycy w każdym wieku w tym dzieci, które również grały solówki. Wzruszające granie(naprawdę świetna jestem w pisaniu recenzji koncertów, bardzo rzeczowa).
    No i byliśmy tam oczywiście z naszymi dziećmi. Trzymaliśmy je na rękach i bujaliśmy się w rytm muzyki. Przeszliśmy na przód, przed orkiestrę, żeby lepiej widzieć muzyków. Żeby dzieci lepiej widziały. Te się tam tak rozhulały, że już na tych naszych rękach skakały pod sufit. Więc je zdjęliśmy z siebie. I wtedy to się stało.
    Zawsze mi było strasznie żal rodziców (i cieszyłam się na maksa, że ja nie muszę tego robić), którzy na koncertach muszą tańczyć za ręce ze swoimi dziećmi, przed publicznością, która na nich patrzy. Taką miałam wizję, że oni się wstydzą, nie chcą, ale robią to dla swoich dzieci, które chcą tańczyć ze swoimi starymi, bo jest muzyczka, a jak jest muzyczka to się tańczy. I spoko, my w chacie tańczymy z nimi i to uwielbiamy, ale przy ludziach? I jeszcze Piotr z Klarą robił takie wygibasy, obkręty, podrygi, podrzuty, a ja z Felką takie tylko przytupy, że raz lewa noga, raz prawa. No to weszłam do strefy naprawdę ogromnego dyskomfortu i zaczęłam ją też obkręcać, żeby miała atrakcje, między orkiestrą a publicznością – tylko my w takich harcach. Ja we wstydach totalnych. A Klara na końcu tak się rozkręciła, że się pomyliła i przywarła w uścisku do nogi jakiegoś dziadka, który nie był wzruszony, a raczej się zdenerwował. Co też rozumiem, gdzieś tam.
    Ale i tak było super.
    Tu jeszcze przed obciachem.

    Potem poszliśmy do pracowni Gosi i tam wpadła też grupa kobiet, która rozparcelowała zawartość ostatnich worków z ciuchami z lat 80-tych, które Gosia dostała od jakieś babki, która w Fordonie prowadziła sklep odzieżowy i go lata temu zamknęła, między siebie. Ja też mam łupy – dwie pary spodni z Modusa i koszule. Z Próchnika. Total old school. Jedną koszulę mam na zbyciu, jakby co.
    To wszystko było w ubiegły piątek, potem był tydzień i znowu mamy piątek. Jutro kolejny koncert. Tym razem w Skrzynce na bajki. Zagra zespół Tropy czyli Artur Maćkowiak i Bartek Kapsa. To jest super miłe, że oni się po prostu zgodzili i że zagrają jutro dla nas wszystkich. Nagłośni ich natomiast nasz argentyński przyjaciel, więc naprawdę przychodźcie, bo będzie super muza, super dźwięk i przeżycie, bo zespół zagra w witrynie Skrzynki, a my będziemy ich słuchać na zewnątrz. I obserwować przez szybę.
    Weźcie dzieci, to wszyscy będziemy z nimi tańczyć i przeżyjemy jeden wspólny wstyd. Albo żadnego. Strefę komfortu se zrobimy.

piątek, 3 czerwca 2016

O muchach



Muchy to wysłanniczki piekła, wyczytałam w „Ciemno, prawie noc”. I po dzisiejszym poranku ciężko mi się z tym nie zgodzić. Mucha obudziła mnie przed szóstą rano, przegoniła z łóżka, kazała wstać. Wstałam więc o tej wczesnej porze i w sumie fajnie, bo już jasno było (gdzieś od pięciu godzin) i jaskółki  kołowały nad tarasem. 
A w sumie niefajnie, bo nie wysypiam się ostatnimi czasy.
Wczoraj zapytałam przyjaciela, kto to w ogóle wymyślił, żeby żyć w parach i on mi odpowiedział, że gołębie. A że pokój wymyślił jeden gołąb, czyli i to jest dowód na to, że w pojedynkę jest lepiej. I ma się lepsze pomysły. Bardzo mnie to rozśmieszyło, a mało mnie śmieszy ostatnio. 

 To jest ta dorosłość. Masz niezależność, możesz palić na ulicy i wracać do domu nad ranem, ale to też ten czas, gdy kończą się miłości. Wiele się ich teraz kończy wokół mnie.